poniedziałek, 23 grudnia 2013

Marcel IV

Mijały tygodnie, a oni tułali się z wioski do wioski. 
Nigdzie nie zostali na dłużej niż tydzień, ze strachu przed wrogami. Szczególnie Anthony miał swoje ' przeczucia '. Marcel się nie bał... No ale cóż kto by się bał, mając w sobie starego i potężnego demona, który obiecał ochronę...
Noce stawały się coraz zimniejsze. Musieli się zatem zatrzymywać na dłużej niż ten okropny tydzień...  To było nie do zniesienia dla Marcela, wytrzymywać paranoi Anthona... Lecz z miłości zniesie wiele... Nawet coś takiego. Wiedział, że nie może go teraz zostawić samego. Czuł, że wszystko się zmieni... To tylko kwestia czasu, a będzie inaczej, zdecydowanie lepiej. Nie wiedział skąd to przeczucie, być może Cień mu podrzucał takie myśli, by go uspokoić kiedy był bliski paniki... A może po prostu przez ten związek z demonem otworzył mu się szósty zmysł. To jednak ważne nie było. Kolejny piękny poranek, kolejna podróż. Nawet nie wiedzieli ile przeszli przez ten czas, no i który już jest. Nie mieli do czynienia z zegarkiem ani z kalendarzem. Po co takie przyziemne rzeczy, skoro ciągle żyje się w rozjazdach. Tuła po kraju... Szli lasem tego dnia, słysząc, że podobno Niemcy się pojawili w okolicy, bezpieczniejsze były takie nie używane ścieżki, gdzie auto ani czołg nie wjechał. Jakie było ich zdziwienie, gdy doszli do granicy. Akurat w tym miejscu były tylko zwykłe słupki graniczne, no ale kilka kroków dzieliło ich od innego kraju. Nie wahali sie, rzecz jasna. Przeszli granice i puścili się pędem przez las. Biegli niemalże cały dzień. Gry słońce chyliło się ku zachodowi, w odległości kilku kilometrów zauważyli wioskę. Już wiadome było, że akurat tam się zatrzymają na trochę.
Było coraz zimniej, na miejsce dotarli już o zmroku. Zima-szybciej się ściemnia. Rozpoczęły się poszukiwania noclegu, oczywiście osobno, bo niby większe szanse... A tak na prawdę Marcel wywoływał demona, który załatwiał wszystko. To było coś w rodzaju... Swoistej hipnozy. Anthon nic oczywiście nie wiedział, zawsze się cieszył i mówił, że sam nic nie zdziałał. Tak samo było z załatwianiem rzeczy potrzebnych na drogę bądź jedzeniem. Nie mieli pieniędzy, więc musieli posuwać się do tych najgorszych rzeczy, to znaczy Marcel musiał... Dzięki temu żyli, ale on miał zawsze poczucie winy i wyrzuty sumienia. Nawet demon nie był w stanie ich zagłuszyć.
Całe miasteczko wyglądało jakby zatrzymało się w miejscu od czasów iście średniowiecznych... No może coś troszkę młodszego. Każdy ubierał się dziwnie, dziwne były domki. Nie zdziwiłby się, jakby pojawił się smok porywający dziewice. Chłopak zaśmiał się cicho, siedział na parapecie wpatrując się na senne miasteczko przez okno. Zerknął też na swojego ukochanego, śpiącego błogo. Anthon był wykończony, więc umył się i szybko zasnął. Marcel natomiast nie mógł zasnąć. Dlatego siedział w oknie i wymyślał powody, dla których mogli by tutaj zostać. Tutaj mogli zamieszkać... Nie było śladów wojny w tym miejscu, nikt nie przejmował się takim drobnym miasteczkiem, które rządziło się własnymi prawami. Idealne miejsce, wręcz raj.
Rano wyszedł z pokoju by wrócić ze śniadaniem, oczywiście Anthon nie spodziewał się niczego.
-Wstawaj śpiąca królewno - szepnął mu nad uszkiem, chłopak mruknął i leniwie otworzył oczy. Był starszy i pełnił rolę... Dominatora w tym związku, jednak Marcel czuł, że musi się nim zaopiekować.
-Jak zawsze śniadanie do łóżka, pewnie już jadłeś więc nie zjesz teraz ze mną - mruknął i usiadł, przeciągnął się i zaczął jeść.
-Nie nie... Ale mam dobrą wiadomość... Nasza gospodyni powiedziała mi, że ma pracę dla dwóch chłopców... Jeśli zostaniemy na dłużej to możemy pomóc jej w prowadzeniu zajazdu... Biedna, mąż jej umarł na początku miesiąca - westchnął i pokręcił głową.
Anthon aż się zakrztusił.
-Co ?! wiesz, że nie możemy zostać na dłużej... I w ogóle, jaki mamy już miesiąc?
-Jest grudzień, za tydzień będzie wigilia... A te miasteczko jest cudowne! Nie ma nawet śladów wojska... I sądzę, że nie zaprzątają sobie głowy nami... Nie masz się czego bać, nie zrobi nam nikt tutaj krzywdy - wyszeptał i zaraz przytulił się do chłopaka. Już nie wiedział jak ma go uspokoić... Oczywiście to z pracą nie było kłamstwem, mogli tu mieszkać i jeść... Nie bojąc się o koszty. Plus wigilia, gwiazdka... Obydwoje wiedzieli, że to będą trudne święta.. Bez rodziny, przynajmniej mieli siebie.
-Dobrze, ale gdy zrobi się niebezpiecznie od razu uciekamy...
Na to młodszy czekał, jakieś pozory władzy musiał dawać swojemu ukochanemu, ale on lepiej wiedział co jest dla nich dobre.

Dni mijały leniwie, pracowali w karczmie, gdzie zwykli przychodzić okoliczni drwale oraz robotnicy. Przychodzili na obiad lub by napić się piwa. Odwiedzali ich czasem ludzie spoza miasta, podróżni, którzy dziwili się wystrojem tego miejsca... Które miało w sobie to coś. Zatrzymywali się na noc tylko. Z samego rana ruszali dalej.
I tak przez tydzień... Gdyż 24 grudnia było inaczej... Nikogo  nie było w karczmie, a chłopcy się wprawnie uwijali by wystroić ją i pomóc w przygotowaniu posiłków. Oprócz nich i wdowy byłi także jej dzieci, dwie córki w wieku 15 i 16 lat oraz 21 letni syn. Dość miła i specyficzna rodzinka, chłopcy poczuli się jak u siebie, zapominając o tym wszystkim co było. Chociaż nie mieli wiele czasu dla siebie... Praca była męcząca i to bardzo, więc wieczorem kładli się spać. Marcelowi też nie dokuczał Cień, zapomniał o jego istnieniu.
-No, macie troszkę czasu wolnego. Dziękuje, że zgodziliście się zostać- powiedziała kobieta i przytuliła ich mocno do siebie. Chłopcy powymieniali grzeczności i wyszli z karczmy. Śniegu dość dużo nasypało... Ale wcześniej odśnieżali, więc droga była do przejścia.
-Marcel... Ja muszę iść w kilka miejsc, może spotkamy sie później, przed kolacją co?
Chłopak w odpowiedzi pokiwał głową i pomachał ukochanemu. Prezenty... Co mógł mu kupić takiego, by miał zawsze przy sobie... Wymyślił, zegarek kieszonkowy, każdy szanujący się jegomość miał takowy, plus można było coś wygrawerować... Ale czy znajdzie w tym miejscu odpowiedni sklep... Jubiler? Niee... To chyba nie ta sama specjalność. Zaczął chodzić po ulicy i zastanawiać się, gdzie.
-Może pomogę?-zapytał sie głos w jego głowie. Chłopak rozejrzał się dookoła
-Spadaj, sam sobie poradzę - powiedział cicho i przywitał się z jakąś kobietą przechodzącą obok niego.
-Czemu jesteście w tym miejscu? Wiesz, że to amisze? Dość śmieszni ludzie - Cień zaśmiał się szyderczo. A wiedząc, że chłopak nie podejmie tematu westchnął- okej, powiem Ci, idź do lombardu, tam znajdziesz zegarek. Nie pytaj skąd wiem... Mogę wychodzić z Twojego ciała, ale nie na długo.
Chłopak, sam nie wiedział czemu, posłuchał się Cienia i ruszył we wskazane przez niego miejsce. Doszedł na spokojnie do lombardu i kupił przepiękny zegarek, Cień kazał mu wracać i się resztą nie martwić. Otóż demon sam wygrawerował wyznanie miłosne, podpis i datę, w którym chłopcy zaczęli być parą.
Prezent zapakował i schował pod łóżko. Marcel, odzyskawszy panowanie nad ciałem, zszedł na dół. Na schodach minął się z ukochanym, z którym wymienił uśmiechy. Ich rodzina, nie wiedziała o orientacji i relacjach ich łączących... Chociaż mogli się domyślać.
Starali się jednak to  ukryć, wiedząc, że nie będą zrozumiani przez społeczeństwo... Biblia przecież potępia takie zachowanie, taką miłość... To było chore, nie logiczne... Ale nie chcieli stworzyć sobie wrogów w raju.
Nadeszła pora kolacji. Prócz Karczmarki i jej dzieci było jeszcze kilka zaprzyjaźnionych ludzi, krewnych zmarłego męża.
Atmosfera była luźna, było przyjemnie. Zero krępacji, jakby mieszkali tutaj od dawna. Goście siedzieli do późna, a chłopcy zadeklarowali się, że posprzątają po wieczerzy. Chłopcy dzieki temu zyskali więcej czasu dla siebie. W kuchni przy naczyniach zaczęli od niewinnych pocałunków, ale wiadomo... Przeważyła chęć bliskości. W pieszczotach przeszkodziło im skrzypanie na schodach. Szybko wzięli się do pracy i zmywania naczyń. Jednak nikt nie pojawił się w kuchni. Zrobiło się dziwnie cicho. Chłopcy jednak wiedzieli, że któreś z dzieciaków mogło ich podglądać. Posprzątali zatem szybko i zaraz kończąc usłyszeli jak ktoś znów wraca na górę... Na pierwsze piętro, tam były prywatne pokoje. Na 2 i 3 piętrze były gościnne, a chłopcy zajmowali pokój na strychu... Znaczy mieli cały strych. Wraz z tamtejszą łazienką tylko dla siebie.


-Czas na prezenty - Powiedział Marcel sięgając pod łóżko i wyciągając paczuszkę. Uśmiechał się wesoło przy tym.
-N...Nie musiałeś nic mi kupować, wystarczy Twoja obecność - powiedział cicho Anthon, także trzymając paczuszkę w rękach.
-To samo ja mogłem powiedzieć- Zaśmiał się młodzieniec i niepewnie podszedł bliżej - ale chce byś miał coś ode mnie, to nasze pierwsze święta razem i mam nadzieję,  że nie ostatnie - wyszeptał i pocałował czule Anthona, który od razu odwzajemnił pocałunek nieco go pociągając.
-Masz rację- odparł w końcu i uśmiechnął się słodko, pierwszy raz od tego aresztowania. To  był przepiękny widok, idealny gwiazdkowy prezent.
Chłopcy wymienili się prezentami, ale zwlekali z ich otworzeniem. W końcu zrobili to w równym czasie. Anthon był zachwycony zabytkowym zegarkiem, a Marcel dostał wisiorek, w środku było ich małe zdjęcie, zastanawiał się kiedy to było zrobione, no i imiona wygrawerowane.
-Kiedy ty... -Zapytał czując jak się pojawiają rumieńce.
-Zaraz jak dostaliśmy pierwsze pieniądze, poszedłem zamówić... Wydałem na niego wszystkie oszczędności, zdjęcie jest z rana, jak Martha nas poprosiła o zdjęcie... Powiedziałem jej, że chce małą odbitkę, dała mi wszystko co trzeba.
-Chyba nie powiedziałeś jej o tym... Że my...
-Niee no co ty... Wiem, że to było by nie dobre. Echh a ty? Kiedy
-Wiesz, zrobiłem to tak jak ty - skłamał... Ale nie mógł powiedzieć, że ma w sobie demona, co załatwił to w godzinę.

Anthon już o nic nie pytał, obydwoje schowali swoje skarby i położyli się spać... Jak zawsze razem, wtuleni w siebie. W takich momentach, czuli się najbezpieczniej...







Wesołych Świąt <3 
I szczęśliwego nowego roku...
Nie jestem dobra w składaniu życzeń ^^

sobota, 9 listopada 2013

Marcel III

Poczuł jak się odsuwa, to było okropne... Pokochał go i z wzajemnością a taki... Fakt mógł wszystko zmienić. Usiadł na łóżku i wpatrywał się jak Anthon się ubiera.
-Przepraszam... Muszę to przetrawić na osobności.- powiedział i szybko wyszedł z mieszkania. Zostawił Marcela zupełnie samego. Chłopak skulił się i zaczął zanosić płaczem. Nie mógł trzymać tego w sobie, a zaufał chłopakowi... Teraz jedyna osoba, jaką pokochał tą szczególną miłością, odchodzi. Wstał i podszedł do okna, widział jeszcze sylwetkę na tle ciemnego nieba. Wpatrywał się  tylko, gdyż nie miał sił na ruszenie w pogoń. Nagle usłyszał krzyk i zobaczył jak napada na jego miłość dwóch mężczyzn. Słyszał ich, krzyczeli coś po niemiecku. Marcel szybko się ubrał i wybiegł na ulice. Nie liczyło się nic, oprócz uratowania ukochanego. Jednak ich nie było... Zniknęli nagle jak cienie...
-Czyżbyś się spóźnił...
Usłyszał za sobą głos. Taki, któremu nie sposób było by odmówić. Jego właściciel samym dźwiękiem mógł czarować ludzi .
-Mógłbym Ci pomóc ale... Nic za darmo - dodał po chwili, w oknie opuszczonego budynku pokazała się para oczu, czerwonych oczu. Chłopak niepewnie wszedł do środka, nie chciał ale nie mógł odwrócić się i uciec, jakby stracił resztki wolnej woli.
W pomieszczeniu był dziwny zapach, taki ostry i jakby słodkawy... Już go czuł nie raz, więc nie chciał wiedzieć skąd dokładnie się wydobywał.
-Myślałem, że w tych czasach znajdę coś ciekawego, przepraszam... Kogoś ciekawego. -Znów odezwał się mężczyzna, a jego głos jakby dochodził z każdej strony. Trochę paranoiczne to było. Marcel dyszał głośno czując się okropnie, otoczony tym zapachem i głosem. Zrobił krok na przód i czując, że nastąpił na coś miękkiego szybko się wrócił z obrzydzeniem. W pewnym momencie zrozumiał, że pomieszczenie, w którym był, jest pełne ludzkich ciał. Zamknął oczy i próbował się uspokoić.
-Czemu mnie tutaj.. Przywołałeś? Czego ode mnie chcesz co?- Marcel w końcu odważył się odezwać.
-Ahh ja? Ja na razie nie jestem tutaj ważny. Powiedz mi czego ty chcesz.
-Chce móc uratować Anthona, chce byśmy byli razem... Jak najdłużej się da...
-Więc mogę dać Ci wystarczająco sił. Lecz ty w zamian musisz mi coś dać.
-Ha może moją duszę? Na to się nie zgodzę, chce żyć obok Anthona !
-Ależ będziesz, kiedy jego życie dobiegnie końca, ja odbiorę zapłatę. To chyba uczciwe? Oczywiście będę pilnował by wam się nic nie stało. Byście dożyli tyle, ile wam jest dane.
Nagle zrobiło się jasno, ale nie byli w tym budynku... Ściany były białe, na środku stało biurko a na nim kałamarz i czarne, krucze pióro. Obok kałamarza była kartka, raczej kontrakt. Chłopak podszedł do niego.
-Wystarczy tylko podpisać...-odezwał się głos zachęcająco.
Marcel szybko przeczytał tekst i zaraz złożył podpis w odpowiednim miejscu, pomimo tego, że atrament był czarny podpis wyglądał jakby podpisał go krwią... Swoją krwią. Rozejrzał się i zauważył mężczyznę, ubranego w czarny frak i uśmiechniętego w szatański ale niezwykle pociągający sposób.
-Jak masz na imię mój nowy cieniu? - zapytał chłopak i zrobił krok w stronę tajemniczego mężczyzny.
-Moje imię nie ma znaczenia, teraz będę częścią Ciebie- odparł spokojnie i nagle wszystko pociemniało.
...
Marcel obudził się z bólem głowy, był w swoim mieszkaniu. Wstał i poszedł do łazienki, spojrzał w lustro i skrzywił się. Ból był straszny...
A wszystko co stało się wcześniej wydawało się tylko snem, wczorajsza upojna noc i jej następstwa.
-Anthon... Gdzie jesteś?- zaczął chodzić po mieszkaniu.
-To nie był sen-odezwał się głos demona w jego głowie...
Słowa z jednością były prawdziwe, od dziś młodzieniec miał w sobie dwie osobowości. Usiadł zasypany falą wspomnień.
-T...to nie był sen... Na prawdę podpisałem pakt z demonem... Sprzedałem dusze...
-Oj przynajmniej Twój powód nie był taki egoistyczny, chcesz ocalić swego ukochanego.
-A jeśli nie zechce ze mną być? Co w tedy?
-Zechce, będziemy robili wszystko by zechciał, moim zdaniem on Cię kocha i wybaczy, obserwowałem was i czekałem na ten moment.-zaśmiał się cicho demon
-T....Ty... Aghh ! -Marcel aż wstał oburzony i podszedł do okna- nie ważne, musimy pomyśleć jak go uratować..
-Nie zamartwiaj się, ja mam plan już... Poczekamy aż się ściemni.
-Ty możesz czytać moje myśli? A ja Twoich nie... Jak to jest możliwe, jesteśmy w jednym ciele przecież...
-Taa... Ale ja jestem silniejszy i nie dopuszczam Ciebie do moich myśli proste.
Już się zamknął, no cóż nie mógł nic przecież innego zrobić. Musiał słuchać się głosu w głowie, który mógł też być oznaką schizofrenii, która w jego rodzinie ukazała się kilka razy wśród ciotek czy wujków. Chociaż to wszystko było prawdziwe, ten mężczyzna. Oblał się rumieńcem uświadamiając sobie, że taki mężczyzna jest teraz w nim... I znów usłyszał śmiech.
Zaczął zajmować się porządkowaniem, chociaż ledwo się na nogach trzymał... Musiał po prostu przestać myśleć, wyłączyć się. Demon oferował pomoc w uspokojeniu ale chłopak wolał mieć nad wszystkim kontrolę. Tak było zdecydowanie lepiej. Gdy zapadła noc wyszedł z domu. Było ciemno. Chmury zasłaniały całe niebo.
-Teraz siedź cicho- mruknął demon. Przejął on kontrolę nad ciałem chłopaka. Marcel wyglądał... Troszkę inaczej. Bladsza cera, wyniosła postawa i czerwone oczy. Oh tak... Taki był bezimienny demon, zwany Cieniem przez swojego nowego Pana.
Ruszył bezszelestnie i dość szybko do miejsca , gdzie trzymano Anthona. Nikt go nie zauważył, o to zadbał. Wszedł do budynku, a potem do piwnic. Wiele ludzi było uwięzionych, ale demon nie zawracał sobie nimi głowę. Miał jasno wyznaczony cel. Cicho otworzył jedne z drzwi i wszedł do środka.
-K...kto tam? -usłyszeć można było cichy i lekko wystraszony głos, a zaraz z ciemności wyszedł chłopak, pobity i wystraszony- Marcel... To ty? Jesteś jakiś... Inny...
-Ciii nie ma czasu na pogawędki- mruknął w odpowiedzi Cień i złapał chłopaka za rękę. Widząc, że ten ledwo idzie wziął go na ręce i uciekli z Luwru. Jednak nie ruszyli do mieszkanka, mieli całą długą noc by odejść jak najdalej, a Marcel był opanowany przez niezwykłego demona, więc nie mieli się czego już bać.
Po drodze Anthon stracił przytomność. Mamrotał coś wcześniej... Ale to było jak bełkot kogoś, kogo trawiła wysoka gorączka. Nic nie można było z tego zrozumieć, co trochę irytowało Cienia...




Tak tak... Pomysł z demonem komuś może się nie podobać, mi się podoba i Horo też chwali ten pomysł. Gdyby nie te rozmyślania z nią pan Cień by nie powstał...
Ale jak go można nazwać hum... Trzeba mi nowego pomysłu. Link do głosu... Echem to postać jaka mi pasuje, kreowana na anime tak tak wiem... Ale nie mogłam się powstrzymać. 

http://ask.fm/Casstiiell
gg 33197307
Jak macie jakieś sugestie, co może się dziać dalej to chętnie wysłucham <3

sobota, 2 listopada 2013

Marcel II

Mijały dni, tygodnie, a on był ciągle uwięziony w tej sypialni. Bywało, że Uwe nie pojawiał się dość długo, wtedy mógł odsapnąć... Ale były momenty, że noc w noc dochodziło do zbliżenia z mężczyzną. Marcel już się przyzwyczaił, chociaż nie przepadał za tym. Miał szczęście, że mężczyzna nie miał fetyszy... Zadowalał go zwykły seks.
Minął tydzieńodkąd ostatni raz widział sie z Uwe. Zero wieści od niego... Było to troszkę dziwne. Gosposia też nic nie mówiła, a zawsze powiadamiała go, że dzwonił lub napisał list. Jednak dłużej nie mogła milczeć, po kolejnym tygodniu weszła do Sypialni z normalnymi ciuchami.
-C...co się dzieje? Znów gdzieś mnie przenoszą? Uwe się przeprowadza... A może oddał mnie komuś innemu. - zaczął wypytywać kobietę powoli się ubierając, ona zaczekała aż chłopak skończy i westchnęła cicho.
-Nie maluszku, dostaliśmy wiadomość... Że Uwe zginął. Będzie nowy właściciel tego dworku. Nikt prócz nas nie wiedział, że Uwe... Lubi młodych chłopców i to ma zostać tajemnicą... Więc masz wybór, albo odejdziesz albo będziesz pracował z nami. Chociaż lepiej dla Ciebie jak znikniesz... Nikt nie wie o Twoim istnieniu i lepiej dla Ciebie.
Podjęła już za mnie decyzje, gdy wyszedłem miałem już wiele rzeczy przygotowane. Ciuchy na zmianę... Trochę jedzenia i pieniędzy... Ale gdzie miałem niby iść? Byłem sam... Całkiem sam. Stare mieszkanie zapewne zostało już dawno zajęte. Moja rodzina najbliższa już nie żyła. Ale nie powiedziałem nic. Wyszedłem z domu, ogrodnik podwiózł mnie do stolicy. Tam zacząłem chodzić. Kilka zniszczonych już budynków, w których mieszkali ludzie, których znam. Wszystkich wywieźli, lub uciekli. To cholernie przygnębiało.


(wiem zmieniam co chwile narrację, ale jakieś małe urozmaicenie jest xD )



W końcu dotarłem do mojej kamienicy, hym trzeba było przyznać, ze zachowała się nawet dobrze. Wszedłem do środka. Na pierwsze piętro... Drzwi do mieszkania były rozwalone, szabrownicy powyciągali rzeczy, które były coś warte... W tym przepiękne materiały i maszynę do szycia matki.
Zaczął wszystko układać, rozwalone meble ułożył przy piecu by móc je spalić. Powoli wszystko ogarniał, nawet drzwi, wstawił inne.
(...)
-Proszę otwórz. Wiem, że tam jesteś... Marcel!
To obudziło go z samego rana. Walenie do ledwo trzymających się w futrynie drzwi i krzyk. Otworzył drzwi i do mieszkania wpadł chłopak, starszy od Macela.
-Przepraszam ale... Czy my się znamy? - zapytał się intruza dokładnie mierząc go wzrokiem. Nie poznał go to było oczywiste.
-Tak! Jak możesz zadawać takie głupie pytania ?! - wydarł się tamten i zaraz zakrył usta dłońmi- ścigają mnie... Sam nie wiem za co... Nie długo po tym jak was złapali uciekłem... - zaczął opowiadać a widząc dziwny wyra twarzy Marcela westchnął i wyprostował się. Był od chłopaka wyższy o głowę.
-Dalej nie wiesz kim jestem, mam na imię Anthony- przedstawił się z wyniosłością.
-A...Anthony... Ah ! Przepraszam, zmieniłeś się, urosłeś i... Zmężniałeś - odparł Marcel i przygryzł delikatnie wargę, być może ten dziwny związek z Uwe trochę go zmienił, zaczął inaczej patrzeć na mężczyzn. Tak bardziej z... pożądaniem. Pokręcił lekko głową.
-Proszę, u mnie możesz znaleźć schronienie.
-Dziękuje -odparł Anthon i zaraz wziął w objęcia Marcela, który momentalnie zrobił się czerwony.
Rozmawiali całą noc, nikt nie zakłócił im tego, Marcel chciał mu opowiedzieć, co go spotkało... Ale nie umiał. Powiedział, że przez ten cały czas pracował na wsi na swoje utrzymanie. Niewiele skłamał. Dzięki temu, że oddawał się Niemcowi miał dach nad głową i jedzenie. Tej nocy stworzyli między sobą więź, która już nie długo miała się przerodzić w coś... Niezwykłego. Ale jeszcze nie byli świadomi tego.
Dni mijały im powoli. Jakoś dawali radę zdobywać jedzenie. Mieszkali sami w kamienicy... Ba w dzielnicy. Byli sami w swoim małym świecie. Marcel zaczął czuć, że coraz bardziej zakochuje się w swoim towarzyszu... Ale bał mu się o tym powiedzieć, aż do pewnej nocy.
Pełnia, oni leżeli w sypialni na materacu, który o dziwo nadawał się do spania. wpatrywali się w okno, był to niesamowity widok, księżyc był tak blisko.
-Marcel... Muszę Ci coś powiedzieć...
-Słucham Anthon... -spojrzał na niego z uśmiechem.
-Wiesz... Bo ja Ciebie... Kocham, może być to trochę dziwne... Obaj jesteśmy mężczyznami i... - nie było mu dane skończyć bo Marcel tak po prostu go zaczął całować. Od razu to odwzajemnił.
Zaraz zawisł nad nim i uśmiechnął się lekko ściągając z młodszego koszulkę.
-Czekaj... Ja... Muszę Ci coś powiedzieć... -szepnął Marcel.
-Cii nie teraz kochany, to może zaczekać...
Zaczęli na nowo się całować. Anthony zachowywał się jakby miał w tym nie małą wprawę, wiedział gdzie dotknąć by sprawić mu przyjemność. Powoli chłopcy pozbywali się swoich ubrań. Nie musieli się spieszyć. Mieli całą noc tylko dla siebie. Anthony zaczął delikatnie całować ciało swego kochanka robiąc gdzie nie gdzie niewielkie malinki. Wsłuchiwał się w ciche pojękiwania Marcela, to było tak cholernie słodkie ze strony młodszego. Językiem zaczął pieścić jego podbrzusze, szybko się zorientował, że to czułe miejsce chłopca i trochę się z nim podroczył. Nie chciał od razu zaczynać, chciał by jego kochanek sam o to poprosił, zrobił coś by pokazać, że tez tego pragnie. I długo nie musiał czekać. Marcel odwrócił się na brzuch i uniósł biodra. Bał się cholernie... Ale sądził, że fakt iż go kocha... Sprawi, że będzie to bardziej przyjemne niż wtedy gdy uprawiał seks z Uwe.
Anthony delikatnie pieścił jego ciało, całował w kark, aż w końcu lekko złapał za biodra i ostrożnie wsunął sie w chłopaka z cichym westchnięciem. Dał mu chwilkę by ten przyzwyczaił się do jego obecności.
-J...już... Możesz...- wymamrotał Marcel, który cały był zarumieniony, i zaraz czując jak tamten się w nim porusza zaczął cicho pojękiwać. Ból szybko ustąpił miejsca przyjemności. Teraz robił to dobrowolnie, więc i odczucia były zupełnie inne. Z każdej chwili czerpał jak najwięcej. Z czasem, gdy pchnięcia Anthonego były mocniejsze i szybsze zaczął jęczeć głośniej. Czuł się cudownie. Złapał go delikatnie za dłoń i splótł ich palce. Czuł ciepły oddech swego ukochanego na karku, ciche posapywania które nie były ani trochę odrażające.
Teraz uświadomił sobie, jak bardzo go kocha.
Dotarło to do niego.
Obydwaj starali się przeciągać tę chwilę w nieskończoność. Jednak nic nie było nieuniknione. Doznali spełnienia w dosłownie tym samym czasie.
-Anthon... Ja... Muszę coś powiedzieć Ci...-zaczął gdy już leżeli wtuleni w siebie, zadowoleni z wielkimi uśmiechami.
-Słucham kochanie...
-Ja... Wcześniej byłem seks zabawką Niemca, dzięki temu przeżyłem - wyszeptał i poczuł jak jego ukochany się odsuwa...


http://ask.fm/Casstiiell
zapraszam
i och było mi miło jakbyście polecali i wyrażali swoje opinię. dobre słowa i uwagi sprawiają, że chce mi się pisać ;3


sobota, 26 października 2013

Marcel.

Marcel Dushe urodził się we Francji, jego ojciec był księgowym i miał na imię Renee, a matka była krawcową o imieniu Marlen. Marcel miał beztroskie dzieciństwo, był też jedynakiem. W domu niczego mu nie brakowało, jednak gdy wybuchła II wojna światowa ojciec Marcela został wcielony do armii. Każdy wierzył, że tym razem będzie inaczej i wojna szybko się skończy.
Marcel był bardzo zżyty z ojcem, więc jego wyjazd bardzo go dotknął. Chłopak miał zaledwie 15 lat. Chodził do szkoły ale stał się bardziej zamknięty w sobie. Pomagał też matce jak tylko mógł.  Namawiał też ją ciągle na wyjazd, chciał by się ukryli na jakiejś wsi, z dala od tego wszystkiego. Jednak ona ciągle odmawiała mówiąc, że Renee przecież może w każdej chwili wrócić do domu, co by było jakby ich nie zastał. Ciągle wierzyła, że on żyje... Marcel natomiast stracił wszelkie nadzieję.
W końcu stolica dostała się pod okupację niemiecką, a do rodziny Dushe przyszedł list z wojska zawiadamiający o śmierci ojca Marcela. Marlen się załamała, ale była gotowa na podjęcie ryzyka i wyjazd z rodzinnego Paryża na wieś, poza tereny okupowane. Jednak, gdy nadszedł ten upragniony dzień, do ich mieszkania wkroczyli niemieccy żołnierze. Oskarżyli jego rodzinę o bycie żydami i zabrali Marlen. Marcel w tym momencie był poza domem, odniósł ostatnią, zamówioną suknie, uszytą przez jego matkę. Nikt z żołnierzy nie zawracał sobie głowy szukaniem jego, gdy chłopak wrócił do domu i zobaczył porozwalane meble oraz rzeczy zdał sobie sprawę, co się mogło stać. Chociaż z żydami nawet do czynienia nie mieli, ktoś po prostu musiał spiskować przeciwko nim. Kilka dni wałęsał się po ulicy osamotniony, załamany. Wtedy to usłyszał od kilku znajomych mu chłopaków o ruchu oporu i o Komitecie Wolnej Francji. Zaczął ich bardziej wypytywać o szczegóły i następnego wieczora poszedł do miejsca, w którym ruch oporu miał swoją siedzibę. Było to na starym cmentarzu, w katakumbach kiedyś zajmowanych przez tabor wędrujących cyganów. Dziś pozostały po nich tylko różne stare szmaty i zasłony, które wykorzystywali do prowizorycznych pokoików, oznaczali tak swoją przestrzeń osobistą. Obecnie ślad po nich zaginął i nikt specjalnie się tym nie przejmował.
Marcel skłamał, co do wieku. Był dość wysoki i dobrze zbudowany, o jasnej cerze, oczy  miał brązowe z dziecinną iskierką, włosy takiego samego koloru ułożone w lekkim nie ładzie. Całkiem przystojny młodzieniec. Dowódca oddziału od razu dał się nabrać na to, wręcz przyjął go z otwartymi ramionami i chętnie. Szybko zdobył nowych kolegów o odmiennych przekonaniach. Sam nie zwracał uwagi na ideologię krążące w ich prowizorycznym obozie. Chciał po prostu pomścić swych rodziców, których nie miał nadziei już zobaczyć.
Po tygodniach akcji propagandowych w końcu stanęli oko w oko z wrogiem, żołnierzy nie było zbyt wielu, więc myśleli, że dadzą sobie radę. Przeliczyli się jednak. Waleczną młodzież złapano o zawieziono do piwnic Luwru, gdzie przetrzymywali każdego oskarżonego o działania przeciwko III Rzeszy, tam mieli czekać na przesłuchanie....


I tutaj się rozpoczyna... Od tego momentu, moje historie są dziwne, więc i ta będzie taka.



-Powiedz co wiesz ty mały...
Warknął dowódca, trzymali już ich kilka dni i żaden z nich nic nie powiedział.
-Wy cholerne robaki. Myślicie, że możecie uratować ten kraj? Śmieszne - skrzywił się lekko patrząc na chłopaka. Nawet dla niego był taki idealny... Pomimo rozciętej wargi i kilku siniaków dalej zachowywał swój czar. Zdecydowanie Marcel miał to coś.
Koniec przesłuchania... O ile to można było tak nazwać, żołnierze wyprowadzili chłopaka. Nic nie powiedział od momentu złapania... Ani jednego słówka. Co było nieco dziwne dla nich... Ale Marcel wiedział, że nie może... Od tego wiele zależało... Nie mógł wydać swoich przyjaciół.
Jednak kolejno zabierali więźniów, do obozów lub zakładów karnych, jednak szatyn został, jako jedyny w tym pięknym ale i przeklętym miejscu. Jednak gdy po kilku dniach przyszedł żołnierz z kluczami od razu nadzieja napełniła chłopaka.
-Idziesz ze mną, o nic nie pytaj... W ogóle...
Powiedział patrząc się na młodzieńca z autentycznym współczuciem... O co chodziło, obchodził się z nim nad wyraz delikatnie... Coś tu nie pasuje... Chłopak zaczął się bać jak jeszcze nigdy wcześniej. Został władowany do samochodu dostawczego, nie widział nic... Liczył powoli ile czasu od jego więzienia minęło i ile mogli przejechać. Po jakiś 2h auto się zatrzymało na przedmieściach Paryża.
Marcel znalazł się w ładnym dworku, otoczonym przez las... Taka samotnia... To napawało go jeszcze większym strachem. Wprowadzono go do środka, nieznajomy żołnierz wyszedł i przejęły go kobiety, umyły idealnie, siniaki zdążyły w większości po znikać. ubrały go w długi szlafrok i wprowadziły do sypialni. Dość pokaźnej, ładnie urządzonej. Tam dostał swój pierwszy ciepły posiłek od dłuższego czasu. Teraz zrozumiał jak wygłodzony był. Gdy nadszedł wieczór przyszła jedna z kobiet.
-Przepraszam ale... Czemu tutaj jestem? Czemu nie wywieziono mnie do jakiegoś obozu...- miał w końcu odwagę zapytać ale... Nie dostał odpowiedzi. Kobieta wyszła ze smutną miną. Coś tu było bardzo nie tak... Ci ludzie patrzyli na niego z wielkim współczuciem, jakby zaraz miał go pożreć sam diabeł... O dużo się nie mylił. Po kilkunastu minutach do sypialni wszedł mężczyzna, niemiecki dowódca... Ten, który często go przesłuchiwał. Marcel zeskoczył z  łóżka i pobiegł do okna, próbował je otworzyć.
-Hahaha, mały nie wysilaj się - Powiedział mężczyzna i zamknął drzwi na klucz - są zablokowane odpowiednio, nie uciekniesz - dodał i podszedł do niego, pociągnął za nadgarstek i rzucił na łóżko.
-P...proszę... Nie rób tego... -wymamrotał Marcel czując jak się rumieni, szlafrok wylądował na ziemi odsłaniając jego idealne ciało.
Starszy zaraz przywiązał go do łóżka, wszystko by młodzieniec się nie wyrywał. Widać było, że miał wprawę w tym.
-Och, jednak potrafisz mówić - odparł z rozbawieniem - bardzo dobrze, jęki wychodzące z Twoich ust będą dla mnie najpiękniejszą melodią. Powiedz, robiłeś to już z jakimś mężczyzną? ... Och nie odpowiadasz, więc pewnie nie. Dziwne, że taki jak ty został zachowany do tej pory.
Zaśmiał się, ten śmiech był okropny. Niemiec miał na oko 40 lat, Marcel tylko 15... To było niezbyt normalne, ale kto w tych czasach na to patrzy?
Chłopak zacisnął dłonie w pięści i wyciągnął się z głośnym stęknięciem gdy poczuł jak męskość mężczyzny się w nim zatapia. Bez przygotowania, bez zadbania by chłopak nie miał przykrego doznania, po prostu wszedł ' na żywca '.
Jego ruchy były stanowcze, zero jakiegokolwiek romantyzmu. Chodziło tylko o zaspokojenie potrzeby, nic więcej.
-Jęcz ! Głośniej.
Wydarł się po niemiecku (nie będę pisać po niemiecku czy francusku), chłopak wystraszony zaczął wydawać z siebie  głośniejsze jęki, bólu ale... To mu przynosiło niewielką przyjemność. Mężczyzna pochylił się i zaczął robić drobne malinki na jego ciele, wszędzie gdzie tylko był w stanie, sapał mu także do ucha mamrocząc coś niezrozumiale w rodzimym języku. To obrzydzało nastolatka, a gdy w końcu poczuł w sobie ciepłe nasienie poczuł się... Brudny.
-M... mogę... wiedzieć jak... masz na imię... jesteś  moim panem... teraz... - wyszeptał, nie wiedział co bredzi ale to zadowoliło starszego.
-Na imię mam Uwe, tylko tyle powinieneś wiedzieć - odparł tamten i wyszedł z niego. przykrył chłopaka i odwiązał. Bez słowa wyszedł z pokoju i zostawił go samego. To była chyba najgorsza rzecz w życiu młodzieńca. Nie czuł wcześniej pociągu do mężczyzn, ani do dziewczyn. A teraz... Uprawiał seks z Niemcem... Jednym z tych, przez których jego rodzice prawdopodobnie już nie żyli... Czyż to nie było upokarzające?

Następnego dnia zjawiła się znów ta sama kobieta. Pomogła chłopakowi wstać i się umyć. Zapewne słyszała wszystko... To sprawiło, że chłopak jeszcze bardziej się załamał. Był teraz zwykłą prywatną dziwką... Tak o sobie myślał.
-Przyniosę Ci coś dobrego... Na poprawę humoru... - powiedziała cicho do niego i podała mu ubrania. Wyszła z sypialni by wrócić z tacką, na której były słodkie bułki i ciepłe kakao. Uwe nie było, wracał tylko na noc... I to nie często. Więc na szczęście dzisiejszy wieczór miał wolny, zamknięty w czterech ścianach z książkami, które nie legalnie były mu dane. Schował je pod łóżkiem i cały dzień czytał. Ten świat fantazji ratował go... Pozwalał nie myśleć o przykrościach, które doświadczył do dzisiejszego dnia. Po prostu zapominał o prawdziwym życiu....


Mam tak... gdzieś błędy jakie mogą się pojawić, uwagi na ten temat będą olewane... Nie wiem czy będę to kończyć. Piszcie jak tam się podoba.
Początek z ciekawego zadania domowego ;3