Nigdzie nie zostali na dłużej niż tydzień, ze strachu przed wrogami. Szczególnie Anthony miał swoje ' przeczucia '. Marcel się nie bał... No ale cóż kto by się bał, mając w sobie starego i potężnego demona, który obiecał ochronę...
Noce stawały się coraz zimniejsze. Musieli się zatem zatrzymywać na dłużej niż ten okropny tydzień... To było nie do zniesienia dla Marcela, wytrzymywać paranoi Anthona... Lecz z miłości zniesie wiele... Nawet coś takiego. Wiedział, że nie może go teraz zostawić samego. Czuł, że wszystko się zmieni... To tylko kwestia czasu, a będzie inaczej, zdecydowanie lepiej. Nie wiedział skąd to przeczucie, być może Cień mu podrzucał takie myśli, by go uspokoić kiedy był bliski paniki... A może po prostu przez ten związek z demonem otworzył mu się szósty zmysł. To jednak ważne nie było. Kolejny piękny poranek, kolejna podróż. Nawet nie wiedzieli ile przeszli przez ten czas, no i który już jest. Nie mieli do czynienia z zegarkiem ani z kalendarzem. Po co takie przyziemne rzeczy, skoro ciągle żyje się w rozjazdach. Tuła po kraju... Szli lasem tego dnia, słysząc, że podobno Niemcy się pojawili w okolicy, bezpieczniejsze były takie nie używane ścieżki, gdzie auto ani czołg nie wjechał. Jakie było ich zdziwienie, gdy doszli do granicy. Akurat w tym miejscu były tylko zwykłe słupki graniczne, no ale kilka kroków dzieliło ich od innego kraju. Nie wahali sie, rzecz jasna. Przeszli granice i puścili się pędem przez las. Biegli niemalże cały dzień. Gry słońce chyliło się ku zachodowi, w odległości kilku kilometrów zauważyli wioskę. Już wiadome było, że akurat tam się zatrzymają na trochę.
Było coraz zimniej, na miejsce dotarli już o zmroku. Zima-szybciej się ściemnia. Rozpoczęły się poszukiwania noclegu, oczywiście osobno, bo niby większe szanse... A tak na prawdę Marcel wywoływał demona, który załatwiał wszystko. To było coś w rodzaju... Swoistej hipnozy. Anthon nic oczywiście nie wiedział, zawsze się cieszył i mówił, że sam nic nie zdziałał. Tak samo było z załatwianiem rzeczy potrzebnych na drogę bądź jedzeniem. Nie mieli pieniędzy, więc musieli posuwać się do tych najgorszych rzeczy, to znaczy Marcel musiał... Dzięki temu żyli, ale on miał zawsze poczucie winy i wyrzuty sumienia. Nawet demon nie był w stanie ich zagłuszyć.
Całe miasteczko wyglądało jakby zatrzymało się w miejscu od czasów iście średniowiecznych... No może coś troszkę młodszego. Każdy ubierał się dziwnie, dziwne były domki. Nie zdziwiłby się, jakby pojawił się smok porywający dziewice. Chłopak zaśmiał się cicho, siedział na parapecie wpatrując się na senne miasteczko przez okno. Zerknął też na swojego ukochanego, śpiącego błogo. Anthon był wykończony, więc umył się i szybko zasnął. Marcel natomiast nie mógł zasnąć. Dlatego siedział w oknie i wymyślał powody, dla których mogli by tutaj zostać. Tutaj mogli zamieszkać... Nie było śladów wojny w tym miejscu, nikt nie przejmował się takim drobnym miasteczkiem, które rządziło się własnymi prawami. Idealne miejsce, wręcz raj.
Rano wyszedł z pokoju by wrócić ze śniadaniem, oczywiście Anthon nie spodziewał się niczego.
-Wstawaj śpiąca królewno - szepnął mu nad uszkiem, chłopak mruknął i leniwie otworzył oczy. Był starszy i pełnił rolę... Dominatora w tym związku, jednak Marcel czuł, że musi się nim zaopiekować.
-Jak zawsze śniadanie do łóżka, pewnie już jadłeś więc nie zjesz teraz ze mną - mruknął i usiadł, przeciągnął się i zaczął jeść.
-Nie nie... Ale mam dobrą wiadomość... Nasza gospodyni powiedziała mi, że ma pracę dla dwóch chłopców... Jeśli zostaniemy na dłużej to możemy pomóc jej w prowadzeniu zajazdu... Biedna, mąż jej umarł na początku miesiąca - westchnął i pokręcił głową.
Anthon aż się zakrztusił.
-Co ?! wiesz, że nie możemy zostać na dłużej... I w ogóle, jaki mamy już miesiąc?
-Jest grudzień, za tydzień będzie wigilia... A te miasteczko jest cudowne! Nie ma nawet śladów wojska... I sądzę, że nie zaprzątają sobie głowy nami... Nie masz się czego bać, nie zrobi nam nikt tutaj krzywdy - wyszeptał i zaraz przytulił się do chłopaka. Już nie wiedział jak ma go uspokoić... Oczywiście to z pracą nie było kłamstwem, mogli tu mieszkać i jeść... Nie bojąc się o koszty. Plus wigilia, gwiazdka... Obydwoje wiedzieli, że to będą trudne święta.. Bez rodziny, przynajmniej mieli siebie.
-Dobrze, ale gdy zrobi się niebezpiecznie od razu uciekamy...
Na to młodszy czekał, jakieś pozory władzy musiał dawać swojemu ukochanemu, ale on lepiej wiedział co jest dla nich dobre.
Dni mijały leniwie, pracowali w karczmie, gdzie zwykli przychodzić okoliczni drwale oraz robotnicy. Przychodzili na obiad lub by napić się piwa. Odwiedzali ich czasem ludzie spoza miasta, podróżni, którzy dziwili się wystrojem tego miejsca... Które miało w sobie to coś. Zatrzymywali się na noc tylko. Z samego rana ruszali dalej.
I tak przez tydzień... Gdyż 24 grudnia było inaczej... Nikogo nie było w karczmie, a chłopcy się wprawnie uwijali by wystroić ją i pomóc w przygotowaniu posiłków. Oprócz nich i wdowy byłi także jej dzieci, dwie córki w wieku 15 i 16 lat oraz 21 letni syn. Dość miła i specyficzna rodzinka, chłopcy poczuli się jak u siebie, zapominając o tym wszystkim co było. Chociaż nie mieli wiele czasu dla siebie... Praca była męcząca i to bardzo, więc wieczorem kładli się spać. Marcelowi też nie dokuczał Cień, zapomniał o jego istnieniu.
-No, macie troszkę czasu wolnego. Dziękuje, że zgodziliście się zostać- powiedziała kobieta i przytuliła ich mocno do siebie. Chłopcy powymieniali grzeczności i wyszli z karczmy. Śniegu dość dużo nasypało... Ale wcześniej odśnieżali, więc droga była do przejścia.
-Marcel... Ja muszę iść w kilka miejsc, może spotkamy sie później, przed kolacją co?
Chłopak w odpowiedzi pokiwał głową i pomachał ukochanemu. Prezenty... Co mógł mu kupić takiego, by miał zawsze przy sobie... Wymyślił, zegarek kieszonkowy, każdy szanujący się jegomość miał takowy, plus można było coś wygrawerować... Ale czy znajdzie w tym miejscu odpowiedni sklep... Jubiler? Niee... To chyba nie ta sama specjalność. Zaczął chodzić po ulicy i zastanawiać się, gdzie.
-Może pomogę?-zapytał sie głos w jego głowie. Chłopak rozejrzał się dookoła
-Spadaj, sam sobie poradzę - powiedział cicho i przywitał się z jakąś kobietą przechodzącą obok niego.
-Czemu jesteście w tym miejscu? Wiesz, że to amisze? Dość śmieszni ludzie - Cień zaśmiał się szyderczo. A wiedząc, że chłopak nie podejmie tematu westchnął- okej, powiem Ci, idź do lombardu, tam znajdziesz zegarek. Nie pytaj skąd wiem... Mogę wychodzić z Twojego ciała, ale nie na długo.
Chłopak, sam nie wiedział czemu, posłuchał się Cienia i ruszył we wskazane przez niego miejsce. Doszedł na spokojnie do lombardu i kupił przepiękny zegarek, Cień kazał mu wracać i się resztą nie martwić. Otóż demon sam wygrawerował wyznanie miłosne, podpis i datę, w którym chłopcy zaczęli być parą.
Prezent zapakował i schował pod łóżko. Marcel, odzyskawszy panowanie nad ciałem, zszedł na dół. Na schodach minął się z ukochanym, z którym wymienił uśmiechy. Ich rodzina, nie wiedziała o orientacji i relacjach ich łączących... Chociaż mogli się domyślać.
Starali się jednak to ukryć, wiedząc, że nie będą zrozumiani przez społeczeństwo... Biblia przecież potępia takie zachowanie, taką miłość... To było chore, nie logiczne... Ale nie chcieli stworzyć sobie wrogów w raju.
Nadeszła pora kolacji. Prócz Karczmarki i jej dzieci było jeszcze kilka zaprzyjaźnionych ludzi, krewnych zmarłego męża.
Atmosfera była luźna, było przyjemnie. Zero krępacji, jakby mieszkali tutaj od dawna. Goście siedzieli do późna, a chłopcy zadeklarowali się, że posprzątają po wieczerzy. Chłopcy dzieki temu zyskali więcej czasu dla siebie. W kuchni przy naczyniach zaczęli od niewinnych pocałunków, ale wiadomo... Przeważyła chęć bliskości. W pieszczotach przeszkodziło im skrzypanie na schodach. Szybko wzięli się do pracy i zmywania naczyń. Jednak nikt nie pojawił się w kuchni. Zrobiło się dziwnie cicho. Chłopcy jednak wiedzieli, że któreś z dzieciaków mogło ich podglądać. Posprzątali zatem szybko i zaraz kończąc usłyszeli jak ktoś znów wraca na górę... Na pierwsze piętro, tam były prywatne pokoje. Na 2 i 3 piętrze były gościnne, a chłopcy zajmowali pokój na strychu... Znaczy mieli cały strych. Wraz z tamtejszą łazienką tylko dla siebie.
-Czas na prezenty - Powiedział Marcel sięgając pod łóżko i wyciągając paczuszkę. Uśmiechał się wesoło przy tym.
-N...Nie musiałeś nic mi kupować, wystarczy Twoja obecność - powiedział cicho Anthon, także trzymając paczuszkę w rękach.
-To samo ja mogłem powiedzieć- Zaśmiał się młodzieniec i niepewnie podszedł bliżej - ale chce byś miał coś ode mnie, to nasze pierwsze święta razem i mam nadzieję, że nie ostatnie - wyszeptał i pocałował czule Anthona, który od razu odwzajemnił pocałunek nieco go pociągając.
-Masz rację- odparł w końcu i uśmiechnął się słodko, pierwszy raz od tego aresztowania. To był przepiękny widok, idealny gwiazdkowy prezent.
Chłopcy wymienili się prezentami, ale zwlekali z ich otworzeniem. W końcu zrobili to w równym czasie. Anthon był zachwycony zabytkowym zegarkiem, a Marcel dostał wisiorek, w środku było ich małe zdjęcie, zastanawiał się kiedy to było zrobione, no i imiona wygrawerowane.
-Kiedy ty... -Zapytał czując jak się pojawiają rumieńce.
-Zaraz jak dostaliśmy pierwsze pieniądze, poszedłem zamówić... Wydałem na niego wszystkie oszczędności, zdjęcie jest z rana, jak Martha nas poprosiła o zdjęcie... Powiedziałem jej, że chce małą odbitkę, dała mi wszystko co trzeba.
-Chyba nie powiedziałeś jej o tym... Że my...
-Niee no co ty... Wiem, że to było by nie dobre. Echh a ty? Kiedy
-Wiesz, zrobiłem to tak jak ty - skłamał... Ale nie mógł powiedzieć, że ma w sobie demona, co załatwił to w godzinę.
Anthon już o nic nie pytał, obydwoje schowali swoje skarby i położyli się spać... Jak zawsze razem, wtuleni w siebie. W takich momentach, czuli się najbezpieczniej...
Wesołych Świąt <3
I szczęśliwego nowego roku...
Nie jestem dobra w składaniu życzeń ^^