czwartek, 18 września 2014

meh ^^

Nie mam weny, tak bardzo nie wiem co dalej pisać... No cóż pewnie po 2 albo 3 miesiącach coś napisze i pewnie jedna osoba tak na prawdę przeczyta to...
Ale takie...
Pewna miła osóbka stworzyła portrecik i jeszcze pracuje nad całą  postacią mojego "maleństwa"
Prosz ^^

sobota, 23 sierpnia 2014

Gosh IV

Zaczął się trening. Na początek medytacja. Chłopak musiał odnaleźć w sobie moc. Bardzo się przy tym denerwował, gdyż nie za dobrze mu to wychodziło. Jeszcze Faniel ciągle mu gadała, że powinien się skupić, nie myśleć o głupotach bo inaczej nic z tego nie wyjdzie. Co dzień to ćwiczył przez kilka godzin. Medytował i medytował... Zero jakiegokolwiek efektu.
-Może jestem w większym procencie krasnoludem... Takim wiesz zamkniętym w ciele elfa.
Powtarzał to codziennie, gdy jedli kolacje, naturalnie czarodziejka nie odzywała się na ten temat, obmyślała plan, jak może go 'zmusić' do użycia siły.


Nie sądziła, że Carlin był ' krasnoludem uwięzionym w ciele elfa ' sądziła raczej, że jest zbyt leniwy i nie skupia się na szukaniu w sobie tego CZEGOŚ. 

Więc musiała mu dobrze pomóc, jednak próbowała wszystkiego, dosłownie i w przenośni.
Nawet mu groziła, jednak nic nie dawało, chłopak się upierał przy swoim...
Jednak pewnego wieczora to się zmieniło.
-Idę się przejść.
-Sama? Jest już ciemno.
-Dam sobie radę, spokojnie.
-Nie! Idę z Tobą.
I poszli razem, Faniel nawet tego nie planowała, ale nagle wyskoczyło stado wilków, wyraźnie wściekłych. 

Elf pociągnął dziewczynę za rękę by uciec, jednak ta, jak na złość się wywróciła. I była już zginęła, zasłoniwszy twarz ręką kiedy oślepiło ją światło i wilki z piskiem uciekła.
Elf opadł na kolana i uśmiechnął się patrząc na nią.
-Jesteś już bezpieczna. -Wyszeptał i... zemdlał.
Obudził się następnego dnia w swoim łóżku z silnym bólem głowy.
-Nie, nie wstawaj. Jesteś wykończony.
-Co...co się stało?
-Uratowałeś moje życie, dziękuje. Obudziłeś w sobie Moc i odgoniłeś te wilki...
-O...och to dobrze prawda - Mruknął i zamknął oczy, czuł się strasznie słaby. Znów zamknął i miał dziwne sny.
Spał równo dwie doby, bez przerwy. Lecz po obudzeniu czuł się jak nowo narodzony, z zadowoleniem wyszedł z łóżka i poszedł się umyć oraz ubrać, Faniel siedziała przed domem, tam gdzie chłopak ciągle medytował. Podszedł do niej z uśmiechem.
-No, to zaczynamy?
-Tak tak, najpierw zrób to co ja.- odparła i wyciągnęła dłoń przed siebie. Zamknęła oczy i wyszeptała słowo w innym języku, niż ten, którym się posługiwała. Na dłoni dziewczyny zatańczył ognik.
-Czy ty... Powiedziałaś ogień? W mojej mowie...
-Twojej? Tego języka nauczyła mnie moja babcia, powiedziała, że słowa mają moc i nie powinnam ich używać tak o... Tylko przy takich sytuacjach jak ta... Gdy chce by moc się zmaterializowała.
-To język używany przez elfy, skąd Twoja babcia go zna?
-Poprawka, znała. Żyła bardzo bardzo długo.
-Ochm przykro mi...
-Nie potrzebnie, ale... Pewnie wiem coś, o czym ty nie masz pojęcia. Chodź, siądźmy sobie przy herbacie i opowiem  Ci całkiem interesującą historię, którą od niej usłyszałam.
Dziewczyna uśmiechnęła się słodko i ruszyła do domku, tam zaparzyła herbatę i razem z elfem usiadła przy drewnianym stole na niby tarasie, który razem stworzyli do takowych chwil.
-To dla nas jest jak bajka na dobranoc, nie sądziłam że może... echh, sam się przekonasz jak Ci to opowiem.
Siadła wygodniej i przeczesała swoje ogniste włosy palcami.
-A więc... Działo się to strasznie dawno temu, za czasów, kiedy ludzie dopiero budowali swoje osady, pewna dziewczyna postanowiła zrobić coś więcej, osiągnąć jakiś cel. Wybrała się za góry, te których się bali. W nocy, podczas pełni, od tamtej strony dochodziły różne dziwne odgłosy. Jednak ona była nieustraszona, jak ty przeszła przez góry, jednak trudności dopiero teraz się zaczęły. Uciekła goblinom i innym stworzeniom żyjących w tych Górach Granicznych, jak my to je nazywamy. Nie było to takie przyjemne, gdyż ledwo wyzwoliła się od lochów w głębi skały. Przez wielką polane szła tydzień, nie chcąc zatrzymywać sie na dłużej. Ciągle czuła, że ktoś ją obserwuje - Faniel napiła się herbaty robiąc małą przerwe - ale doszła do Wielkiej Puszczy - zaczęła po chwili i oblizała usta, co elfowi wydało się dość pociągające - wtedy było gorzej, wszędzie widziała parę czerwonych oczów.
Pewnej nocy, gdy zrobiła sobie mały biwak przy ognisku, usłyszała głośne i bliskie wycie wilka. 

Po chwili wyskoczył wielki i zły wilk, z czerwonymi ślepiami. Szczerząc wielkie kły podchodził do niej powoli. ' Już po mnie' powiedziała dziewczyna i wtedy na wilka zleciał deszcz strzał. Wycofał się, ale mocno zraniony padł nieopodal w krzakach. Wtedy z drzewa zeskoczyła kobieta, bardzo piękna o włosach zawiązanych w długi warkocz. Uśmiechnęła się do niej i wyciągnęła dłoń. Tak, zabrała ją do swojego obozowiska.
Dziewczyna wśród ludzi podobnych do tej, co ją uratowała, spędziła dużo czasu. Nauczyła się ich mowy, oraz wykorzystywać pokłady Mocy, którą każdy w sobie ma.
Wiedziała wszystko, znała całą historie tego ludu. Szybko zauważyła, że do tej, która ją uratowała, mają większy szacunek, wszak była księżniczką. Jednak księżniczką bardzo ale to bardzo zbuntowaną. Nie słuchała się ojca i robiła praktycznie wszystko co chciała. Pewnego razu do obozu przybyły krasnoludy, wracali oni z Elfiej Stolicy, od Wielkiego Króla. Jak każdy wie, elfy i krasnoludy się nie lubią. Mają zupełnie inne poglądy oraz wartości, te przeciwieństwa bardzo wyraźnie kształtują wspólną nienawiść.
Księżniczka na początek chciała zrobić na złość ojcu i zaprzyjaźnić się z nimi, ale... Ale w końcu wyszło tak, że zakochała się w jednym z nich. W można powiedzieć, królu Krasnoludów. Oczekiwała nawet ich potomka. Mężczyzna dowiedział się o nim dość późno, chciał go odnaleźć, zobaczyć się z nim, jednak Król uprzedził zamiary jego. Odwiedził krasnoludy i przekazał, że jeśli się znów zbliży do jego córki i wnuka wtedy... Rozpęta się wojna. Zdruzgotany przywódca Ludu Podziemia przyjął tą groźbę, nie chciał wojen dlatego nie podejmował kroków. 

Jednak plotki głosiły, że po kryjomu chciał się dowiedzieć co nieco. Wysyłał listy do swej ukochanej, chociaż nie zawsze dostawał odpowiedź. Dziewczyna, w końcu postanowiła coś z tym zrobić. Ruszyła do krasnoludów i pokazała mu dziecko, ze swoich wspomnień. Chciała zrobić do samo z małym księciem, ale zastraszona poprzez strażników Króla musiała wrócić.
Jednak zawsze uważała, że ojciec i syn odnajdą siebie, a teraz... Ty jesteś tutaj...
-Ja... Ja zawsze... Miałem za złe jemu za to, że nas nie odwiedził. Dziadek zawsze mówił, że ten lud jest zapatrzony w siebie, że są pyszni ale... Teraz widzę, że to kłamstwo... On jest ofiarą własnej ograniczonej opinii. - Pokręcił lekko głową, nie mógł w to uwierzyć.
-Carlin... Ja mam pomysł... Nauczymy się czegoś więcej, nauczymy się bronić i razem tam wrócimy... Pójdziemy do nich co?
Chłopak pokiwał tylko głową i uśmiechnął się lekko. Wtedy zaczęły się ich intensywniejsze treningi. Elfowi coraz lepiej wychodziło, szybko się uczył.

Czasami nawet Faniel poznawała nowe rzeczy i słowa, które mogli wykorzystać w późniejszym życiu. 

Przez te treningi zbliżali się coraz bardziej do siebie, jeszcze o tym nie wiedząc, ale rodziły się w nich nowe uczucia, bardzo ważne i bardzo mocne.

wtorek, 15 lipca 2014

Gosh III

Heyka.
Takie tam dawno nie pisane ^^ no więc macie ktokolwiek to czyta...
a tutaj coś o wiele lepszego  KLIKAJCIE I CZYTAJCIE fantastyczny blog <3




3 dni, tyle musiał iść zanim wpadł na kupca, który zabrał go do wioski. Tam dostał jedzenie i picie, musiał także wszystkim opowiedzieć swą niezwykłą historię. Oczywiście... Ludzie szukali rozrywek, a to było bardzo ciekawe, opowieści dziwnego stwora.
W tych stronach elfów nie było, jedynie ludzie i atakujące je potwory... Może sie wydawać, że kraina leżąca za górami to zupełnie inny świat, pełen niebezpieczeństw. Elfy umiały się bronić, robiły to doskonale za sprawą niewielkich zdolności magicznych i umiejętności łowieckich, które przydawały się w czasie natarć nieprzyjaciół. Ludzie natomiast wydawali się być nieporadni. Ale cóż zrobić, jeden, mały elf nie może nauczyć ich wszystkiego co potrzebne. Calrin nawet pomyślał, że jego bracia mogli by podbić tą dolinę i władać na całym znanym im świecie, ale to była tylko chwilka. Odrzucił tą myśl bardzo szybko, nie był zły... Chciałby im jakoś pomóc...

(...)

Minął tydzień, młody elf zdążył zregenerować siły do dalszej wędrówki... Tylko gdzie? Sam nie wiedział co teraz ma robić, gdzie iść. W końcu jego jedynym celem było przedostanie się przez góry, by sprawdzić to, co znajduje się za nimi, co wydawało się niedostępne przez tyle lat...
Gdy siedział nad mapami w małym pokoiku, który dostał od karczmarza, w zamian oczywiście za pomoc, rozległo się pukanie i do środka weszła dziewczyna... Nie byle jaka dziewczyna.
Była równa wiekiem i wzrostem chłopakowi, miała przepiękne, ogniste włosy puszczone falami na ramiona, kilka piegów na uroczej i dziecinnej twarzy oraz oczy niebieskie, jak niebo, gdy nie ma na nim ani jednej chmurki. Każdy by powiedział, że jest ideałem... Ale nie cieszyła się dobrą opinią wśród ludzi.
Każdy plotkował, że ów dziewczyna ima się magią, omijali ją szerokim łukiem. Niezbyt przyjemne ale widać niebieskooka już się do tego zdążyła przyzwyczaić. Jak do tej pory nie miała okazji porozmawiać z przybyszem sam na sam, zawsze ktoś koło niego się kręcił.
Nawet dla elfa było to niezwykle męczące. Uśmiechnął się lekko do niej i usiadł na łóżku. poklepał miejsce obok siebie.
-Chodź, usiądź. - powiedział. - Jak masz na imię?
-Jestem Faniel, mogłeś słyszeć plotki o tym, że jestem wiedźmą. Prawda interesuję się magią i mam pewne zdolności, ale nie robie tego, o czym oni mówią...
-Nie słucham plotek, ogólnie życie ludzi mnie nie interesuje.
-Nie? A to czemu? Masz się za lepszego?
-No co ty! Nie mam siebie za lepszego. Po prostu nie osiedlę się na stałe tutaj, dlatego nie chce się zagłębiać w ich życie. -mruknął i spojrzał na okno.- Nie wiem jeszcze co teraz pocznę, tak jakoś... Moim celem było przejście przez góry, tam... za nimi jest puszcza, gdzie żyją same elfy.- powiedział cicho i uśmiechnął się lekko spoglądając na jej twarz.
Po chwili wstał i nalał sobie wody do glinianego kubka.  Upił łyk i westchnął ciężko.
-Nie mam jak na razie sensu... Istnienia
-A ja mam dla Ciebie bardzo ważne zadanie. Jesteś elfem, moja  babcia mi mówiła, że elfy mają magiczną moc. Chce byś mnie uczył.
-Ale ja nie mam nic, nie jestem do końca elfem... Mówili, że moim ojcem jest Krasnolud... Dlatego jestem silny i wytrwały ale nie mam jakiś magicznych zdolności... Przykro mi...
-Och nie może być tak, każdy ma coś magicznego, nawet prosty chłopak pracujący w stajni. Tylko muszą to w sobie obudzić. Spokojnie, mogę popracować z Tobą nad tym, a później...
-Dobra! Zgadzam się na współpracę z Tobą, ale nie tutaj... Mam ich już dość... W sensie tych ludzi. 
-Dobrze, mam jedno z miejsc ciekawych i cichych. Będziemy tam tylko my dwoje. Więc się pakuj i będziemy sobie spokojnie opuszczać miasto.

No i się spakował i poszedł z nowo poznaną dziewczyną... Gdzie? A do lasu. Daleko, daleko od wioski. Znajdował się tam domek, połączony ze skalną jaskinią. Chłopak zastanawiał się czemu i dowiedział. Tam znajdowały się rośliny, wszelakie i dziwne, które potrzebowały takowych właśnie warunków do wzrostu. Nie wiedział, do czego one są ale sądził, że za niedługo się dowie. Zajął wolny pokój.

Całą noc rozmawiali se sobą, o różnych rzeczach. Chłopak opowiadał jej o swoim  świecie za górami, o wszelakich stworzeniach które tam żyją, a dziewczyna opowiadała mu o świecie ludzi, był zauważalnie ciężki. Jakoś tak... Chłopak zauważył, że ludzie są słabi i nie umieją się bronić przed potworami, które często im dokuczają.
-Powinniście mieć kogoś, kto będzie... Bronił waszą rasę.
-Tak... Myślałam o tym, ale ludzi jest więcej niż ta jedna wioska, w której byłeś. I każde plemię jest atakowane. -Odparła dziewczyna i pokręciła lekko głową.
-No tak... Domyślam się, u mnie tak samo jest... No nic, teraz musimy siebie na wzajem ochraniać prawda...
-Jutro zaczniemy pierwsze zajęcia. - Zmieniła nagle temat i zaczęła robić coś do jedzenia...






Wybaczcie, że hum... Jest tak mało (jakby ktoś się tym przejął heheszky). Postaram się popracować nad tym ale cóż, czasu brak. Za błędy przepraszam ;3

sobota, 10 maja 2014

Gosh II



-Matko idę i idę, a końca drogi jak nie było, tak nie ma – mruknął Calrin.
Szedł już jakiś tydzień, a góry wcale się nie przybliżały. Elf powoli zaczął myśleć, że cała ta wyprawa nie ma sensu
-A co jeśli to wszystko, to cały świat i za górami nic nie ma?
To pytanie zadawał sobie dość często, jednak szedł dalej.
Powoli kończyły się zapasy, na horyzoncie nie było widać ani jednego zwierzęcia. Nic tylko połacie pomarańczowo-zielonej trawy, która nie nadawała się do jedzenia.
Od czasu do czasu jego drogę przecinał strumyk. Przynajmniej mógł uzupełnić zapasy wody pitnej. Droga była strasznie ciężka, jednak im dłużej szedł tym większe ogarniały go lęki. Czuł się śledzony… Obserwowany przez jakieś mroczne istoty, o których opowiadała mu kiedyś matka. W jego wyobrażeniu były to okropne, wielkie monstra ze świecącymi ślepiami i wielkimi kłami.
Nie chciał się tutaj zatrzymywać, ale musiał. Rozpalił ognisko, zjadł ostatni kawałek suszonego mięsa i wypił coś na wzór herbaty. Cały czas siedział poddenerwowany otoczeniem. Nie spał, chociaż bardzo chciał. Ziewnął kilka razy, ale nie chciał tracić czujności. Nie mógł sobie na to pozwolić, nie wiadomo co czaiło się w ciemności.
-Tylko na chwilkę… Położę się i przymknę zmęczone oczy… - wyszeptał.
Nie było by to coś strasznego, gdyby nie fakt że za plecami siedzi pełno strasznych istot. Szły one za nim przez połowę jego wędrówki. Były stworzone z mroku i strachu, były one bardzo zainteresowane osobą elfa.
Oczywiście, dorwały go podczas snu. Zabrały ostrożnie w góry, gdzie żyły gobliny. Czekały na niego z niecierpliwością. Chodziły różne plotki na temat chłopaka, uważano że ON może zlikwidować wszelkie zło na świecie. Ale były to tylko kłamstwa, w historii będzie więcej różnych „mieszańców” i żadne nie będzie jakoś wybitnie magiczne. Tylko wielki Iluvatar ma tak wielką moc, która może zniszczyć zło panujące na ziemi.
Calrin został zamknięty w lochu, wcześniej oczywiście zabrano mu wszelką broń, prócz małego nożyka, który był ukryty w cholewce jego buta. Elf obudził się o dziwo wyspany, ale mając ciemność przed sobą wpadł w lekką panikę. Wstał i po omacku zaczął badać miejsce, w którym się znajdował. Stwierdził po chwili, że jest to mała jaskinia, gładko wyrobiona a na froncie ma grube kraty. Chłopak nie znał jak dotąd materiału, z którego były one stworzone, więc nie wiedział jak może je otworzyć. Siadł na ziemi pod ścianą i wpatrywał się w pustą i ciemną przestrzeń. Czekał… Na co? Może na ratunek, albo jakiś fantastyczny pomysł. Niestety nic z tego nie wyszło…
Nie wiedział ile czasu minęło odkąd przyprowadzono go w to miejsce, nie rył (jak prawdziwy skazaniec) kresek w ścianie, gdyż to było by bez sensu. W jaskini, gdzieś w dolnych częściach góry, nie mógł za nic rozróżnić pory dnia.
W końcu usłyszał głosy, rozmawiali w nieznanym mu języku, elfowi wydawało się jednak, że słowa są wypluwane z odrazą… Jakby były jakimiś przekleństwami. Te stwory szły w jego kierunku z pochodnią. Coraz wyraźniej ich słyszał. Na pewno są to gobliny-pomyślał chłopak.
-Wstawaj nędzny robaku – mruknął jeden z nich troszkę sepleniąc.
Elf grzecznie wstał i podszedł, został zaraz pociągnięty za ręce, na których umieszczono coś na kształt kajdan. Wyprowadzono go z celi i poprowadzono wąskimi korytarzami górskich tunelów. Nikt nic nie mówił, zero jakiegokolwiek wyjaśnienia, ale Calrin tylko miał jakieś swoje domysły.
Poprowadzono go do wielkiej Sali oświetlonej  sporą ilością różnorodnych pochodni.
Na środku pomieszczenia był umieszczony wielki, skalny tron, na którym siedział wysoki mężczyzna. Był on goblinem, a nie wyglądał jak tamci. Był majestatyczny i wzbudzał swą osobą szacunek. Calrin wpatrywał się w niego w milczeniu i nagle pomyślał o swoim dziadku.
Czy każdy król musi być taki? – pomyślał sobie chłopiec.
-Czy to prawda, że jesteś tym, za kogo Cię mają?
-Zależy od tego, co mówią
-Jesteś synem elfiej księżniczki i jednego z Pierwotnych Krasnoludów – król wstał i podszedł do niego – podobno masz w sobie wielką moc mogącą skrzywdzić nas, mroczne istoty. Jednak jest też taka szansa, że ta moc nam się przyda. Zdecyduj, po której stronie chcesz walczyć.
-Zaraz, poczekaj ! Ja nie jestem magicznym mieszańcem. Nie mam mocy tylko umiejętności, takie jak polowanie, skradanie się… Ale nie zniszczę nikogo magicznie dzięki temu.
-Elfy mają magię, my sami nimi byliśmy ale straciliśmy ją wybierając ciemną stronę mocy.
Mężczyzna znów usiadł na tronie i spojrzał gdzieś w bok, uśmiechał się lekko jakby rozpamiętując dawne życie. Nagle jednak wyraz jego twarzy stał się znów surowy, jakby wykuty w skale.
Calrin zdążył się rozejrzeć i zauważył swój łuk i kołczan ze strzałami. Wiedział, że musi zareagować jak najszybciej. Albo się uwolni albo zginie w walce.
-Nie posiadam jej, może jestem bardziej krasnoludem we wnętrzu –mruknął i postanowił sprawdzić jeden z atutów… Siłę. Rozerwał łańcuchy i sięgnął po swój nożyk w zastraszająco szybkim tempie.
Zranił dwójkę goblinów, którzy byli obok niego i przyprowadzili go do tego miejsca, dzięki temu mógł pobiec po swój łuk. Zaskoczył stwory, jednak dość szybko się ogarnęli i ruszyli z odsieczą. Zablokowali mu jedyną drogę ucieczki, jednak elf nie dał się. Walczył z nieuzbrojonymi osobnikami, czując jak z każdą sekundą narasta w nim gniew, który chciał za wszelką cenę wydostać się z niego. Nagle poczuł dziwne mrowienie w opuszkach palców, wypełniała go moc. Uśmiechnął się z zadowoleniem i po prostu wypuścił ją z siebie. Wiele goblinów uderzyła ta fala niekontrolowanej mocy i zepchnęła w otchłań. Inne natomiast zostały oparzone przez kolejną falę, która była znacznie słabsza od poprzedniej.
Siła elfa kumulowała się przez ten cały czas, więc teraz spokojnie mogła wyjść, uwolnić się w postaci fal energii.
Dobiegł do swojej bronii i niemalże od razu zaczął ostrzał wrogów, kierując się do tuneli. Biegł przez kręte korytarze mając nadzieję, że trafi do wyjścia tej cholernej góry. Słyszał krzyki rozzłoszczonych goblinów biegnących za nim. Próbował powstrzymać się od jakichkolwiek odgłosów, aby go nie wyśledziły. Skręcał tam gdzie popadnie. W końcu poczuł powiew świeżego powietrza, ruszył cicho w tamtą stronę. Ominął kilka przejętych goblinów i wybiegł na słońce.
Zasłonił twarz dłońmi, ochraniając oczy przed słońcem i dalej biegł, nie zatrzymując się ani na chwilę. Wiedział, że go ścigają, a on musiał uciec od tych potworów.
Znalazł się po drugiej stronie gór, tam gdzie chciał. Na ziemi panowała już jesień, więc prawie miesiąc stracił w lochu. Odbiegł dobre kilka kilometrów od góry i pozwolił sobie na chwilkę odpoczynku. Wiedział, że nie może zostać za długo, gdyż ma stado na ogonie. Domyślał się też, że będą go szukać  nie tylko gobliny ale też inne istoty, które słyszały te bezsensowne plotki.
Nie wierzył w te słowa, uważał się za zwykłego elfa… Takiego troszkę niższego od reszty, ale dalej elfa. Siedział tak około godziny nim podjął ponownie marsz przez dolinę. Chciał znaleźć jakąkolwiek wioskę, musiał się umyć i zjeść coś w końcu…

poniedziałek, 17 marca 2014

~od admina~

Muszę teraz, jakoś wczoraj na szybkiego dodałam...
Więc specjalne podziękowania chce zamieścić dla Horo <3 która czytała to wszystko i poprawiała każdy błąd...(że jej się chciało xD )
Dziękuje <3 <3 <3 
Mam nadzieję, że następne historie z Twoimi poprawkami będą wspanialsze *-*

niedziela, 16 marca 2014

Gosh



Ile to już minęło? Sam  dokładnie nie wiedział… Opuścił Wielką Puszczę już dobre 3 wieki temu… I w sumie  tęsknił… Nie za jej mieszkańcami, ale za matką.

Siadł pod drzewem i zamknął oczy. Zaczynał sobie przypominać wszystko to, co matka mu zawsze opowiadała. 





Był początek Pierwszej Ery Świata. W tym właśnie okresie dzieci Iluvatara obudziły się do życia, a wraz z nimi krasnoludy stworzone wewnątrz gór przez Aule.

Stworzenia te niezbyt przepadały za sobą, krasnoludy nie szanowały ziemi, którą tak miłowały elfy. Było tak od samiutkiego początku. Ciągle wybuchały nowe spory, które trwały latami.

Tylko jeden z Ojców krasnoludzkiego plemienia potrafił udobruchać swych towarzyszy… Miał on na imię Durin. Można powiedzieć, że od niego wszystko się zaczęło.

Durin był bardzo mądrym przywódca, jednak nigdy nie miał żony. Nie zastanawiał się czemu Aule nie stworzył mu kobiety, tak jak pozostałej szóstce jego braci. Uważał, że inny czeka go los… Bardziej wyniosły, och tak, te stworzenia są strasznie pyszne jeśli o to chodzi. Nie spodziewał się jednak tego, co wymyślił ich Stwórca. Wszystko wyglądało na zwykły przypadek.

Pewnego dnia, gdy znów jeden z krasnoludów miał problem z  elfim plemieniem, żyjącym zdecydowanie za blisko ich gór, to właśnie Durin miał iść i porozmawiać z ich przywódcą. Nie przepadał za tymi stworzeniami jak każdy z jego rasy, ale cóż miał poradzić jak większość zadecydowała? Wyruszył z ich górskiego królestwa w towarzystwie swych dwóch braci, wprost do elfickiego obozu. Droga nie była nużąca, krasnoludy mają to do siebie, że są strasznie wytrzymałe, mogą wędrować o własnych siłach wiele tygodni, mając ze sobą minimalne racje żywnościowe. To było jedną z ich wspaniałych zalet.

Gdy dotarli do małej osady było już ciemno. Elfia rasa była dla krasnoludów dziwna, gdyż uwielbiała bawić się, śpiewać, tańczyć przy ognisku i dźwiękach lutni, zamiast zająć się czymś pożytecznym. Durin nie reagował na zaczepki większych od siebie i ruszył prosto do najbardziej ozdobionego namoitu. Z doświadczenia wiedział, że to właśnie tam znajdzie przywódcę. Jakież jednak było jego zdziwienie, kiedy zamiast mężczyzny spotkał kobietę. Bardzo piękną, elfią dziewczynę. Był to wielki cios dla niego, gdyż ta oto niewiasta bardzo mu się spodobała.  Może dlatego długo prowadził rozmowy o tematyce ‘ politycznej ‘ , chciał ją bliżej poznać. Chciał zobaczyć, czy także przypadł jej do gustu.

Po 4 dniach i 3 nocach elfy przeniosły się dalej, bardzo zabolało to Durina, gdyż zaprzyjaźnił się z elfką, której imię było tak piękne i wyniosłe jak ona sama, a brzmiało ono Ehru.

Ehru była najmłodszą córką pierwszego Króla Puszczy i jako jedyna buntowała się woli swego ojca. Nie miała takich uprzedzeń do innych jak on. Podporządkowała sobie sporo młodych elfów, z którymi podróżowała po Śródziemiu. Nie zważała na niebezpieczeństwa. Jako jedna z niewielu była obdarzona wyjątkowymi zdolnościami, jednak nie mogła z nich często korzystać więc, na wszelki wypadek, zawsze miała przy sobie łuk z zatrutymi strzałami.

Elfce także spodobał się krasnolud. Nie tylko dlatego, że ojcu mogła zrobić na złość tą, jakże zakazaną, przyjaźnią… Po prostu podobał jej się i tyle. Potem trudno to było wytłumaczyć czymś innym. Obydwoje poczuli tę niesamowitą więź, która tak bardzo ich ze sobą zbliżyła.

Opuszczając podnóża gór kobieta była załamana, wiedząc, że już nie spotka ukochanego. Nigdy też nie pokochała żadnego elfa i nawet, gdy ojciec naciskał, nie wybrała sobie męża, jak nakazywała ich tradycja. Tak jak i Durin, który prawdopodobnie się domyślił, jaki plan miał Stwórca.

Chciał udowodnić Eru, że te dwie rasy nie zawsze będą ze sobą walczyć, że będą zdolne również do czegoś innego…





Elfia zgraja zamieszkała na skraju puszczy i nie chciała wracać do królestwa, które wiązało się z nakazami i zakazami. Tą wolność sobie sami wybrali i nikt nie mógł im jej odebrać.

Ehru oczywiście nie wspominała nic o tym, co się działo, kiedy Durin przychodził na rozmowy. Bała się, że przestaną widzieć w niej autorytet. Ukrywała dość długo  jeszcze jeden fakt- spodziewała się dziecka. Co prawda wiele elfów doczepiało się do nich na kilka dni, albo tygodni… Mogła więc skłamać, ale nie wiedziała czy w to uwierzą, bo to dziecko miało być...Inne.

W końcu nadszedł dzień porodu. Z elfką była jej dobra przyjaciółka - Mell, która osobiście przywitała malca na świecie. Nie wydawał się jakiś… Inny… 
Ehru od razu nadała mu imię Calrin. Długo się zastanawiała, czy aby na pewno będzie do niego pasowało… Ale po zobaczeniu chłopca utwierdziła się w wyborze. Już jako niemowlę miał śnieżnobiałą skórę oraz kruczoczarne włosy. Miał także czarne oczy, które wśród elfów z Wielkiej Puszczy występowały albo rzadko albo wcale. Ale nie było spekulacji, że być może to dziecko krasnoluda.

Calrin przez swoje młodzieńcze lata zachowywał się normalnie, rósł jak inne elfy - powoli. Korzystał z każdej sekundy życia. Był doskonałym łowca. Nikt jednak nie dorównywał mu w sile,  szybkości, oraz wytrwałości. Te cechy posiadł od swojego ojca. Matka zawsze tłumaczyła mu, że po prostu jest kimś wyjątkowym, że każdy elf ma jakieś dary od Eru. Nikt nie przejmował się tym. Aż do pewnego momentu…

Calrin bardzo dobrze pamiętał ten dzień, kiedy Król Leśnych Elfów - jego dziadek - nawiedził ich małą osadę. Wraz z nim było kilku mężczyzn oraz jeden krasnolud. Calrin przestraszył się, ale nie opuszczał boku swej matki. Pomiędzy Ehtru a jej ojcem wybuchła straszna kłótnia, niemalże prowadząca do boju, gdyż jej sprzymierzeńcy bronili przywódczyni. Nagle odezwał się przedstawiciel drugiej rasy, ogłaszając wszem i wobec, że ta oto kobieta urodziła syna wielkiego Ojca krasnoludów - Durina.

Nikt z początku nie uwierzył, ale te słowa zasiały ziarnko zwątpienia w elfkę. Z czasem zaczęły krążyć różne plotki, a młodzi unikali Calrina, uważając go za mieszańca, kogoś kto nie pasował do nich.

Chłopak, całkowicie tym podłamany, uciekł z osady nie żegnając się nawet z matką. Uważał, że będzie jej lepiej bez niego.

Na próżno poszły poszukiwania - chłopak był zbyt doskonale wyszkolony i zacierał za sobą wszelkie ślady.

Zrozpaczona Ehru nie mogła się pogodzić z utratą dziecka. Wiedziała, że teraz już nic jej nie zostało…

Elfy nie umierają śmiercią ' naturalną ' - są nieśmiertelne… Mogą jednak umrzeć podczas walki i z rozpaczy… I to właśnie spotkało młodą elfkę, matkę Calrina. Chłopak nigdy nie dowiedział się o tym… Przez całą wieczność miał żyć w nieświadomości. Bardzo tęsknił za matką… Bał się poznać ojca… Był całkiem sam - nie należał do świata radosnych elfów, ani też do mrocznych podziemi krasnoludów…





Obudził się i przeciągnął. Spał dość długo.

-No… Nie możesz sobie na coś takiego pozwolić. Masz wyznaczony kierunek i jego się trzymaj

Mruknął sam do siebie i ruszył. Chciał przejść góry, żeby zobaczyć co kryje się po drugiej stronie. Odkąd się urodził mieszkał w jednym miejscu. Starsze elfy uznały, że na świecie jest coraz więcej zła, więc najlepszym wyjściem będzie osiedlić się na stałe przy bezpiecznej puszczy.

Calrin nigdy nie dowie się, że po śmierci jego matki Król przyjął z powrotem pod swe skrzydła te ‘ zbuntowane dzieci ‘.

On zaczynał swoją własną przygodę, zapewne pełną różnych niebezpieczeństw… Tylko po to, by odnaleźć swoje miejsce na ziemi…


Dodaj napis

niedziela, 16 lutego 2014

Marcel V



-Wstawać śpiochy, dziś nie ma nikogo ale pora na świąteczne śniadanie – usłyszeli głos kobiecy, a później ciężkie kroki.
Schody skrzypiały pod gospodynią. Chłopcy, ociągając się, zeszli na dół, oczywiście wcześniej ubierając się w coś czystego. Wszystko dostali od gospodyni. Jej syn był wyższy, a ona ubrań starych nie wyrzucała.
-Jejciu, jesteście dla nas zbyt mili – odezwał się Anthon, Marcel nic się nie odzywał.
Zauważył, że syn gospodyni dziwnie się patrzy na jego ukochanego. Anthon był bardzo przystojny, ze słodkim uśmiechem. W życiu codziennym wydawać się mogło, że jest pasywem… Ale w łóżku jest 100% dominatorem. Taka… Wybuchowa mieszanka. Chłopcy spokojnie zjedli śniadanie i wyszli na spacer. Przez całą noc padał śnieg. Teraz leżała gruba warstwa białego puchu, przez to było przepięknie. Wyszli sobie do lasku, by czuć się swobodnie.
Tutaj mogli się poprzytulać i okazać sobie trochę czułości.
Zdążyli już zapomnieć, że kawałek dalej trwa wojna. Nie bali się niczego, aż do pewnego momentu. Tak daleko zaszli, że usłyszeli pojedyncze głosy, ktoś rozmawiał po niemiecku. U Anthona zaraz znów obudził się ten lęk, ścisnął mocniej dłoń Marcela.
-Chodźmy już do domu dobrze?- szepnął i spojrzał na niego.
Od razu pociągnął ukochanego, wiedział, że nie musi odpowiadać. Po kilku minutach byli już na miejscu. Anthon zamknął się w pokoju i z nikim nie gadał, nawet do Marcela się nie odczuwał.
Jego lęk był straszny, ale też irracjonalny, gdyż nikt ich już nie szukał… Chociaż czy aby na pewno…?
Wieczorem do pokoju chłopców zawitał Jack – starszy syn gospodyni…
-Hej, przyniosłem Ci kolację, musisz cos zjeść.
Powiedział z troską w głosie i położył tacę z jedzeniem na małym stoliku.
-A gdzie jest Marcel?
Zapytał chłopak wychodząc spod koca.
- Spokojnie – szepnął widząc, że chłopak powoli robi się poddenerwowany i bardziej wystraszony – Marcel pracuje, jacyś zagubieni żołnierze przyszli się troszkę zagrzać.
-Chcą tu zostać na noc?!
-Nie… A co? Dziwnie się zachowujesz… Oh! I jakiś blady się zrobiłeś.
-Przepraszam, to nic takiego.
Mruknął i siadł przy stoliku, zaraz zaczął jeść… Jednak nie miał zbytnio ochoty. Wręcz zmuszał się, bo w brzuchu zaczęło mu burczeć. Ten moment, gdy ma się pusty brzuszek i brak apetytu, każdy zapewne doświadczył tego uczucia.
Po zjedzeniu Anthon znów usiadł na łóżku obok Jacka.
-Powiesz mi, czemu się tak bardzo boisz?
-Ja? Nie boję się…
-Widzę jaki napięty siedzisz Oh spokojnie, przecież Twój ukochany jest bezpieczny – mruknął mu do ucha.
Anthon spojrzał zaskoczony na swego towarzysza, jak on… Nie, ile on o nich  wiedział… Oh tak, to odpowiednie pytanie.
-O czym ty mówisz?
-Nie udawaj teraz, wiem o Tobie i Marcelu. Wiem, że jesteście razem u uciekacie od Niemców.
-Nikomu nie mów, proszę… Tutaj jest dobrze, nie chcemy więcej uciekać.
-Pod jednym warunkiem…
-Zrobię wszystko !
Po wypowiedzeniu tych snów pojął, że zrobił błąd. Jack uśmiechnął się szatańsko i zamknął drzwi do pokoju na klucz, by nikt im nie przeszkadzał. Kazał chłopakowi się rozebrać, lecz widząc jak ten robił to strasznie wolno, podszedł i zerwał ubranie.
-Nawet nie wiesz ilu tu jest mężczyzn, z takimi skłonnościami… Ale znudzili mi się. Za to ty… Jak Cię zobaczyłem, to od razu zapragnąłem.
Chłopak usiadł nagi na łóżku i patrzył się w drzwi, błagał by ktoś się zjawił… Ale niestety, życie jest okrutne.
Jack kazał mu się położyć, co oczywiście zrobił i zawisł nad nim. Zaczął delikatnymi pocałunkami pieścić ciało chłopaka, no przecież nie był jakimś brutalem prawda… Anthon cicho jęczał, gdy Jack natrafiał na czułe punkty.


~

Marcel posprzątał po ostatnim gościu, gospodyni wyszła, jej córki tak samo. Był sam… Nigdzie nie było Jacka. Pobiegł od razu na górę i złapał za klamkę.
Zamknięte.
Usłyszał cichy jęk.
Coś już było nie tak.
-Anthon, to ja… Marcel… Otwórz! – krzyknął przez drzwi.
Chwila ciszy i następny jęk. Marcel wypowiedział kilka wulgaryzmów pod nosem.
- Ktoś tam z nim jest…-odezwał się głos w głowie chłopaka.
Chwila i demon przejął jego ciało. Wszedł do pokoju wyważając drzwi bez problemu i zastał ich w nie dwuznacznej pozycji. Jack wisiał nad jego ukochanym (demon miał podobne odczucia co do Anthona), przez to wpadł w furię. Ściągnął Jacka z przestraszonego chłopaka, który nawet nie mógł się poruszyć. Oczy Marcela zrobiły się krwisto czerwone. Był tak wściekły, że po prostu rozerwał starszego chłopaka na strzępy, oczywiście i niestety na oczach swego ukochanego. Bez słowa zaczął ich pakować. Nie mieli dużo rzeczy, więc nie zajęło to zbyt dużo czasu i zmieścił się w jedną walizkę, nic dodatkowego nie było potrzebne. Anthon oprzytomniał i z płaczem zaczął się ubierać. Wyszli z karczmy po cichu i ruszyli przed siebie.
-Uspokój się- mruknął Marcel.
-Ale ty…go… jak? –zaczął dukać chłopak znów się zanosząc płaczem – kim ty jesteś co?
-Cicho, jeszcze mogą nas znaleźć- odparł tylko.

~

Odeszli dość spory kawałek od tego nieszczęsnego miasteczka. Anthon przystanął na chwilkę by złapać oddech, spojrzał w niebo… Gwiazdy były tej nocy takie piękne.
-Już nie mogę dalej iść. Nie mam ani grama sił.
-Oj nie marudź, chodź do mnie, a ja Cię poniosę…
-Nie! Póki mi nie powiesz co zrobiłeś z moim Marcelem.
-Nic nie zrobiłem. To dalej j…
-Cicho ! Mój ukochany nie zabił by człowieka, nawet w takich… okolicznościach. I to w tak bestialski sposób !
-Oh… Dobrze, opowiem Ci wszystko, ale jak znajdziemy bezpieczne miejsce.
Odparł demon i chwycił chłopaka, tak jakby ten ważył tyle co poduszka.
Ruszył szybkim krokiem przed siebie, dzięki temu nad ranem znaleźli dziwną chatkę w lesie. Było tu cicho, a domek wyglądał na opuszczony. Idealne miejsce do zatrzymania się na troszkę. Postawił Anthona przed drzwiami i wszedł do środka, Nie minęła sekunda, a wpuścił chłopaka do środka. Wszystko było w magiczny sposób wysprzątane. Marcel  wziął się za rozpalanie ognia w prowizorycznym piecyku. Przecież była zima, dosyć surowa.
Troszkę odczekał zanim zaczął opowiadać.
-Jestem demonem, nie mam swojego ciała i imienia. Nazywają mnie Cień, gdyż poza ludzkim ciałem mam taką formę. Mogę opanować dowolną istotę, ale tylko wśród ludzi muszę mieć pozwolenie. Zacząłem bawić się w kontrakty, wiesz… W zamian za coś tam zabieram duszę w odpowiednim czasie. Widziałem Ciebie i Marcela, wszystko co się stało od początku waszego poznania, do momentu kiedy Cię zabrali. Wtedy to zaproponowałem mu kontrakt, pomogłem mu i zaproponowałem, że będę was chronił, ale do czasu. W końcu zabiorę jego duszę – powiedział zapatrzony w ogień – Spokojnie, dam wam żyć razem długo – dodał czując, że Anthon chce się o to zapytać.
-Ale powiedz mi… Dlaczego akurat on?
-Bo przeszedł wcześniej bardzo dużo, oraz bardzo Cię kochał i cierpiał, a ja to uwielbiam. Cierpienie i chęć zemsty jest czymś cudownym i od razu mnie przyciąga. – odpowiedział oblizując usta.
-Jesteś jakiś dziwny…





~~~~~~~~
etto... wpis dodany prawie o 23, jak zawsze nie poprawiany... z góry przepraszam za błędy. pisałam go w zeszycie, kilka rzeczy takich nie fajnych zmieniłam przepisując go...
kiedy następny?
nie wiem
teraz ferie no ale... matura za pasem a ja nie mam nawet bibliografii do pracy maturalnej :3 
więc przepraszam, że się tak ociągam z pisaniem ;<
zapraszam do komentowania
chce napisać też coś bardziej fantasy

http://ask.fm/Casstiiell
zapraszam do paczenia i pytania na asku ;3