sobota, 10 maja 2014

Gosh II



-Matko idę i idę, a końca drogi jak nie było, tak nie ma – mruknął Calrin.
Szedł już jakiś tydzień, a góry wcale się nie przybliżały. Elf powoli zaczął myśleć, że cała ta wyprawa nie ma sensu
-A co jeśli to wszystko, to cały świat i za górami nic nie ma?
To pytanie zadawał sobie dość często, jednak szedł dalej.
Powoli kończyły się zapasy, na horyzoncie nie było widać ani jednego zwierzęcia. Nic tylko połacie pomarańczowo-zielonej trawy, która nie nadawała się do jedzenia.
Od czasu do czasu jego drogę przecinał strumyk. Przynajmniej mógł uzupełnić zapasy wody pitnej. Droga była strasznie ciężka, jednak im dłużej szedł tym większe ogarniały go lęki. Czuł się śledzony… Obserwowany przez jakieś mroczne istoty, o których opowiadała mu kiedyś matka. W jego wyobrażeniu były to okropne, wielkie monstra ze świecącymi ślepiami i wielkimi kłami.
Nie chciał się tutaj zatrzymywać, ale musiał. Rozpalił ognisko, zjadł ostatni kawałek suszonego mięsa i wypił coś na wzór herbaty. Cały czas siedział poddenerwowany otoczeniem. Nie spał, chociaż bardzo chciał. Ziewnął kilka razy, ale nie chciał tracić czujności. Nie mógł sobie na to pozwolić, nie wiadomo co czaiło się w ciemności.
-Tylko na chwilkę… Położę się i przymknę zmęczone oczy… - wyszeptał.
Nie było by to coś strasznego, gdyby nie fakt że za plecami siedzi pełno strasznych istot. Szły one za nim przez połowę jego wędrówki. Były stworzone z mroku i strachu, były one bardzo zainteresowane osobą elfa.
Oczywiście, dorwały go podczas snu. Zabrały ostrożnie w góry, gdzie żyły gobliny. Czekały na niego z niecierpliwością. Chodziły różne plotki na temat chłopaka, uważano że ON może zlikwidować wszelkie zło na świecie. Ale były to tylko kłamstwa, w historii będzie więcej różnych „mieszańców” i żadne nie będzie jakoś wybitnie magiczne. Tylko wielki Iluvatar ma tak wielką moc, która może zniszczyć zło panujące na ziemi.
Calrin został zamknięty w lochu, wcześniej oczywiście zabrano mu wszelką broń, prócz małego nożyka, który był ukryty w cholewce jego buta. Elf obudził się o dziwo wyspany, ale mając ciemność przed sobą wpadł w lekką panikę. Wstał i po omacku zaczął badać miejsce, w którym się znajdował. Stwierdził po chwili, że jest to mała jaskinia, gładko wyrobiona a na froncie ma grube kraty. Chłopak nie znał jak dotąd materiału, z którego były one stworzone, więc nie wiedział jak może je otworzyć. Siadł na ziemi pod ścianą i wpatrywał się w pustą i ciemną przestrzeń. Czekał… Na co? Może na ratunek, albo jakiś fantastyczny pomysł. Niestety nic z tego nie wyszło…
Nie wiedział ile czasu minęło odkąd przyprowadzono go w to miejsce, nie rył (jak prawdziwy skazaniec) kresek w ścianie, gdyż to było by bez sensu. W jaskini, gdzieś w dolnych częściach góry, nie mógł za nic rozróżnić pory dnia.
W końcu usłyszał głosy, rozmawiali w nieznanym mu języku, elfowi wydawało się jednak, że słowa są wypluwane z odrazą… Jakby były jakimiś przekleństwami. Te stwory szły w jego kierunku z pochodnią. Coraz wyraźniej ich słyszał. Na pewno są to gobliny-pomyślał chłopak.
-Wstawaj nędzny robaku – mruknął jeden z nich troszkę sepleniąc.
Elf grzecznie wstał i podszedł, został zaraz pociągnięty za ręce, na których umieszczono coś na kształt kajdan. Wyprowadzono go z celi i poprowadzono wąskimi korytarzami górskich tunelów. Nikt nic nie mówił, zero jakiegokolwiek wyjaśnienia, ale Calrin tylko miał jakieś swoje domysły.
Poprowadzono go do wielkiej Sali oświetlonej  sporą ilością różnorodnych pochodni.
Na środku pomieszczenia był umieszczony wielki, skalny tron, na którym siedział wysoki mężczyzna. Był on goblinem, a nie wyglądał jak tamci. Był majestatyczny i wzbudzał swą osobą szacunek. Calrin wpatrywał się w niego w milczeniu i nagle pomyślał o swoim dziadku.
Czy każdy król musi być taki? – pomyślał sobie chłopiec.
-Czy to prawda, że jesteś tym, za kogo Cię mają?
-Zależy od tego, co mówią
-Jesteś synem elfiej księżniczki i jednego z Pierwotnych Krasnoludów – król wstał i podszedł do niego – podobno masz w sobie wielką moc mogącą skrzywdzić nas, mroczne istoty. Jednak jest też taka szansa, że ta moc nam się przyda. Zdecyduj, po której stronie chcesz walczyć.
-Zaraz, poczekaj ! Ja nie jestem magicznym mieszańcem. Nie mam mocy tylko umiejętności, takie jak polowanie, skradanie się… Ale nie zniszczę nikogo magicznie dzięki temu.
-Elfy mają magię, my sami nimi byliśmy ale straciliśmy ją wybierając ciemną stronę mocy.
Mężczyzna znów usiadł na tronie i spojrzał gdzieś w bok, uśmiechał się lekko jakby rozpamiętując dawne życie. Nagle jednak wyraz jego twarzy stał się znów surowy, jakby wykuty w skale.
Calrin zdążył się rozejrzeć i zauważył swój łuk i kołczan ze strzałami. Wiedział, że musi zareagować jak najszybciej. Albo się uwolni albo zginie w walce.
-Nie posiadam jej, może jestem bardziej krasnoludem we wnętrzu –mruknął i postanowił sprawdzić jeden z atutów… Siłę. Rozerwał łańcuchy i sięgnął po swój nożyk w zastraszająco szybkim tempie.
Zranił dwójkę goblinów, którzy byli obok niego i przyprowadzili go do tego miejsca, dzięki temu mógł pobiec po swój łuk. Zaskoczył stwory, jednak dość szybko się ogarnęli i ruszyli z odsieczą. Zablokowali mu jedyną drogę ucieczki, jednak elf nie dał się. Walczył z nieuzbrojonymi osobnikami, czując jak z każdą sekundą narasta w nim gniew, który chciał za wszelką cenę wydostać się z niego. Nagle poczuł dziwne mrowienie w opuszkach palców, wypełniała go moc. Uśmiechnął się z zadowoleniem i po prostu wypuścił ją z siebie. Wiele goblinów uderzyła ta fala niekontrolowanej mocy i zepchnęła w otchłań. Inne natomiast zostały oparzone przez kolejną falę, która była znacznie słabsza od poprzedniej.
Siła elfa kumulowała się przez ten cały czas, więc teraz spokojnie mogła wyjść, uwolnić się w postaci fal energii.
Dobiegł do swojej bronii i niemalże od razu zaczął ostrzał wrogów, kierując się do tuneli. Biegł przez kręte korytarze mając nadzieję, że trafi do wyjścia tej cholernej góry. Słyszał krzyki rozzłoszczonych goblinów biegnących za nim. Próbował powstrzymać się od jakichkolwiek odgłosów, aby go nie wyśledziły. Skręcał tam gdzie popadnie. W końcu poczuł powiew świeżego powietrza, ruszył cicho w tamtą stronę. Ominął kilka przejętych goblinów i wybiegł na słońce.
Zasłonił twarz dłońmi, ochraniając oczy przed słońcem i dalej biegł, nie zatrzymując się ani na chwilę. Wiedział, że go ścigają, a on musiał uciec od tych potworów.
Znalazł się po drugiej stronie gór, tam gdzie chciał. Na ziemi panowała już jesień, więc prawie miesiąc stracił w lochu. Odbiegł dobre kilka kilometrów od góry i pozwolił sobie na chwilkę odpoczynku. Wiedział, że nie może zostać za długo, gdyż ma stado na ogonie. Domyślał się też, że będą go szukać  nie tylko gobliny ale też inne istoty, które słyszały te bezsensowne plotki.
Nie wierzył w te słowa, uważał się za zwykłego elfa… Takiego troszkę niższego od reszty, ale dalej elfa. Siedział tak około godziny nim podjął ponownie marsz przez dolinę. Chciał znaleźć jakąkolwiek wioskę, musiał się umyć i zjeść coś w końcu…