-Wstawać śpiochy, dziś nie ma nikogo ale pora na świąteczne
śniadanie – usłyszeli głos kobiecy, a później ciężkie kroki.
Schody skrzypiały pod gospodynią. Chłopcy, ociągając się,
zeszli na dół, oczywiście wcześniej ubierając się w coś czystego. Wszystko dostali
od gospodyni. Jej syn był wyższy, a ona ubrań starych nie wyrzucała.
-Jejciu, jesteście dla nas zbyt mili – odezwał się Anthon,
Marcel nic się nie odzywał.
Zauważył, że syn gospodyni dziwnie się patrzy na jego
ukochanego. Anthon był bardzo przystojny, ze słodkim uśmiechem. W życiu
codziennym wydawać się mogło, że jest pasywem… Ale w łóżku jest 100%
dominatorem. Taka… Wybuchowa mieszanka. Chłopcy spokojnie zjedli śniadanie i
wyszli na spacer. Przez całą noc padał śnieg. Teraz leżała gruba warstwa białego
puchu, przez to było przepięknie. Wyszli sobie do lasku, by czuć się swobodnie.
Tutaj mogli się poprzytulać i okazać sobie trochę czułości.
Zdążyli już zapomnieć, że kawałek dalej trwa wojna. Nie bali
się niczego, aż do pewnego momentu. Tak daleko zaszli, że usłyszeli pojedyncze
głosy, ktoś rozmawiał po niemiecku. U Anthona zaraz znów obudził się ten lęk,
ścisnął mocniej dłoń Marcela.
-Chodźmy już do domu dobrze?- szepnął i spojrzał na niego.
Od razu pociągnął ukochanego, wiedział, że nie musi odpowiadać.
Po kilku minutach byli już na miejscu. Anthon zamknął się w pokoju i z nikim
nie gadał, nawet do Marcela się nie odczuwał.
Jego lęk był straszny, ale też irracjonalny, gdyż nikt ich
już nie szukał… Chociaż czy aby na pewno…?
Wieczorem do pokoju chłopców zawitał Jack – starszy syn
gospodyni…
-Hej, przyniosłem Ci kolację, musisz cos zjeść.
Powiedział z troską w głosie i położył tacę z jedzeniem na
małym stoliku.
-A gdzie jest Marcel?
Zapytał chłopak wychodząc spod koca.
- Spokojnie – szepnął widząc, że chłopak powoli robi się
poddenerwowany i bardziej wystraszony – Marcel pracuje, jacyś zagubieni
żołnierze przyszli się troszkę zagrzać.
-Chcą tu zostać na noc?!
-Nie… A co? Dziwnie się zachowujesz… Oh! I jakiś blady się
zrobiłeś.
-Przepraszam, to nic takiego.
Mruknął i siadł przy stoliku, zaraz zaczął jeść… Jednak nie
miał zbytnio ochoty. Wręcz zmuszał się, bo w brzuchu zaczęło mu burczeć. Ten
moment, gdy ma się pusty brzuszek i brak apetytu, każdy zapewne doświadczył
tego uczucia.
Po zjedzeniu Anthon znów usiadł na łóżku obok Jacka.
-Powiesz mi, czemu się tak bardzo boisz?
-Ja? Nie boję się…
-Widzę jaki napięty siedzisz Oh spokojnie, przecież Twój
ukochany jest bezpieczny – mruknął mu do ucha.
Anthon spojrzał zaskoczony na swego towarzysza, jak on… Nie,
ile on o nich wiedział… Oh tak, to
odpowiednie pytanie.
-O czym ty mówisz?
-Nie udawaj teraz, wiem o Tobie i Marcelu. Wiem, że
jesteście razem u uciekacie od Niemców.
-Nikomu nie mów, proszę… Tutaj jest dobrze, nie chcemy
więcej uciekać.
-Pod jednym warunkiem…
-Zrobię wszystko !
Po wypowiedzeniu tych snów pojął, że zrobił błąd. Jack
uśmiechnął się szatańsko i zamknął drzwi do pokoju na klucz, by nikt im nie
przeszkadzał. Kazał chłopakowi się rozebrać, lecz widząc jak ten robił to
strasznie wolno, podszedł i zerwał ubranie.
-Nawet nie wiesz ilu tu jest mężczyzn, z takimi
skłonnościami… Ale znudzili mi się. Za to ty… Jak Cię zobaczyłem, to od razu
zapragnąłem.
Chłopak usiadł nagi na łóżku i patrzył się w drzwi, błagał
by ktoś się zjawił… Ale niestety, życie jest okrutne.
Jack kazał mu się położyć, co oczywiście zrobił i zawisł nad
nim. Zaczął delikatnymi pocałunkami pieścić ciało chłopaka, no przecież nie był
jakimś brutalem prawda… Anthon cicho jęczał, gdy Jack natrafiał na czułe
punkty.
~
Marcel posprzątał po ostatnim gościu, gospodyni wyszła, jej
córki tak samo. Był sam… Nigdzie nie było Jacka. Pobiegł od razu na górę i
złapał za klamkę.
Zamknięte.
Usłyszał cichy jęk.
Coś już było nie tak.
-Anthon, to ja… Marcel… Otwórz! – krzyknął przez drzwi.
Chwila ciszy i następny jęk. Marcel wypowiedział kilka
wulgaryzmów pod nosem.
- Ktoś tam z nim jest…-odezwał
się głos w głowie chłopaka.
Chwila i demon przejął jego ciało. Wszedł do pokoju
wyważając drzwi bez problemu i zastał ich w nie dwuznacznej pozycji. Jack
wisiał nad jego ukochanym (demon miał podobne odczucia co do Anthona), przez to
wpadł w furię. Ściągnął Jacka z przestraszonego chłopaka, który nawet nie mógł
się poruszyć. Oczy Marcela zrobiły się krwisto czerwone. Był tak wściekły, że
po prostu rozerwał starszego chłopaka na strzępy, oczywiście i niestety na oczach
swego ukochanego. Bez słowa zaczął ich pakować. Nie mieli dużo rzeczy, więc nie
zajęło to zbyt dużo czasu i zmieścił się w jedną walizkę, nic dodatkowego nie
było potrzebne. Anthon oprzytomniał i z płaczem zaczął się ubierać. Wyszli z
karczmy po cichu i ruszyli przed siebie.
-Uspokój się- mruknął Marcel.
-Ale ty…go… jak? –zaczął dukać chłopak znów się zanosząc
płaczem – kim ty jesteś co?
-Cicho, jeszcze mogą nas znaleźć- odparł tylko.
~
Odeszli dość spory kawałek od tego nieszczęsnego miasteczka.
Anthon przystanął na chwilkę by złapać oddech, spojrzał w niebo… Gwiazdy były
tej nocy takie piękne.
-Już nie mogę dalej iść. Nie mam ani grama sił.
-Oj nie marudź, chodź do mnie, a ja Cię poniosę…
-Nie! Póki mi nie powiesz co zrobiłeś z moim Marcelem.
-Nic nie zrobiłem. To dalej j…
-Cicho ! Mój ukochany nie zabił by człowieka, nawet w takich…
okolicznościach. I to w tak bestialski sposób !
-Oh… Dobrze, opowiem Ci wszystko, ale jak znajdziemy
bezpieczne miejsce.
Odparł demon i chwycił chłopaka, tak jakby ten ważył tyle co
poduszka.
Ruszył szybkim krokiem przed siebie, dzięki temu nad ranem
znaleźli dziwną chatkę w lesie. Było tu cicho, a domek wyglądał na opuszczony.
Idealne miejsce do zatrzymania się na troszkę. Postawił Anthona przed drzwiami
i wszedł do środka, Nie minęła sekunda, a wpuścił chłopaka do środka. Wszystko
było w magiczny sposób wysprzątane. Marcel
wziął się za rozpalanie ognia w prowizorycznym piecyku. Przecież była
zima, dosyć surowa.
Troszkę odczekał zanim zaczął opowiadać.
-Jestem demonem, nie mam swojego ciała i imienia. Nazywają
mnie Cień, gdyż poza ludzkim ciałem mam taką formę. Mogę opanować dowolną
istotę, ale tylko wśród ludzi muszę mieć pozwolenie. Zacząłem bawić się w
kontrakty, wiesz… W zamian za coś tam zabieram duszę w odpowiednim czasie.
Widziałem Ciebie i Marcela, wszystko co się stało od początku waszego poznania,
do momentu kiedy Cię zabrali. Wtedy to zaproponowałem mu kontrakt, pomogłem mu
i zaproponowałem, że będę was chronił, ale do czasu. W końcu zabiorę jego duszę
– powiedział zapatrzony w ogień – Spokojnie, dam wam żyć razem długo – dodał czując,
że Anthon chce się o to zapytać.
-Ale powiedz mi… Dlaczego akurat on?
-Bo przeszedł wcześniej bardzo dużo, oraz bardzo Cię kochał
i cierpiał, a ja to uwielbiam. Cierpienie i chęć zemsty jest czymś cudownym i
od razu mnie przyciąga. – odpowiedział oblizując usta.
-Jesteś jakiś dziwny…
~~~~~~~~
etto... wpis dodany prawie o 23, jak zawsze nie poprawiany... z góry przepraszam za błędy. pisałam go w zeszycie, kilka rzeczy takich nie fajnych zmieniłam przepisując go...
kiedy następny?
nie wiem
teraz ferie no ale... matura za pasem a ja nie mam nawet bibliografii do pracy maturalnej :3
więc przepraszam, że się tak ociągam z pisaniem ;<
zapraszam do komentowania
chce napisać też coś bardziej fantasy
http://ask.fm/Casstiiell
zapraszam do paczenia i pytania na asku ;3
Świetny rozdział masz fajny styl pisania taki niewinny w pewnym sensie :) Czekam na kolejne rozdziały .
OdpowiedzUsuńOjejku dziekuje <3 na pewno bedzie jeszcze troche rozdzialow
Usuń