niedziela, 16 marca 2014

Gosh



Ile to już minęło? Sam  dokładnie nie wiedział… Opuścił Wielką Puszczę już dobre 3 wieki temu… I w sumie  tęsknił… Nie za jej mieszkańcami, ale za matką.

Siadł pod drzewem i zamknął oczy. Zaczynał sobie przypominać wszystko to, co matka mu zawsze opowiadała. 





Był początek Pierwszej Ery Świata. W tym właśnie okresie dzieci Iluvatara obudziły się do życia, a wraz z nimi krasnoludy stworzone wewnątrz gór przez Aule.

Stworzenia te niezbyt przepadały za sobą, krasnoludy nie szanowały ziemi, którą tak miłowały elfy. Było tak od samiutkiego początku. Ciągle wybuchały nowe spory, które trwały latami.

Tylko jeden z Ojców krasnoludzkiego plemienia potrafił udobruchać swych towarzyszy… Miał on na imię Durin. Można powiedzieć, że od niego wszystko się zaczęło.

Durin był bardzo mądrym przywódca, jednak nigdy nie miał żony. Nie zastanawiał się czemu Aule nie stworzył mu kobiety, tak jak pozostałej szóstce jego braci. Uważał, że inny czeka go los… Bardziej wyniosły, och tak, te stworzenia są strasznie pyszne jeśli o to chodzi. Nie spodziewał się jednak tego, co wymyślił ich Stwórca. Wszystko wyglądało na zwykły przypadek.

Pewnego dnia, gdy znów jeden z krasnoludów miał problem z  elfim plemieniem, żyjącym zdecydowanie za blisko ich gór, to właśnie Durin miał iść i porozmawiać z ich przywódcą. Nie przepadał za tymi stworzeniami jak każdy z jego rasy, ale cóż miał poradzić jak większość zadecydowała? Wyruszył z ich górskiego królestwa w towarzystwie swych dwóch braci, wprost do elfickiego obozu. Droga nie była nużąca, krasnoludy mają to do siebie, że są strasznie wytrzymałe, mogą wędrować o własnych siłach wiele tygodni, mając ze sobą minimalne racje żywnościowe. To było jedną z ich wspaniałych zalet.

Gdy dotarli do małej osady było już ciemno. Elfia rasa była dla krasnoludów dziwna, gdyż uwielbiała bawić się, śpiewać, tańczyć przy ognisku i dźwiękach lutni, zamiast zająć się czymś pożytecznym. Durin nie reagował na zaczepki większych od siebie i ruszył prosto do najbardziej ozdobionego namoitu. Z doświadczenia wiedział, że to właśnie tam znajdzie przywódcę. Jakież jednak było jego zdziwienie, kiedy zamiast mężczyzny spotkał kobietę. Bardzo piękną, elfią dziewczynę. Był to wielki cios dla niego, gdyż ta oto niewiasta bardzo mu się spodobała.  Może dlatego długo prowadził rozmowy o tematyce ‘ politycznej ‘ , chciał ją bliżej poznać. Chciał zobaczyć, czy także przypadł jej do gustu.

Po 4 dniach i 3 nocach elfy przeniosły się dalej, bardzo zabolało to Durina, gdyż zaprzyjaźnił się z elfką, której imię było tak piękne i wyniosłe jak ona sama, a brzmiało ono Ehru.

Ehru była najmłodszą córką pierwszego Króla Puszczy i jako jedyna buntowała się woli swego ojca. Nie miała takich uprzedzeń do innych jak on. Podporządkowała sobie sporo młodych elfów, z którymi podróżowała po Śródziemiu. Nie zważała na niebezpieczeństwa. Jako jedna z niewielu była obdarzona wyjątkowymi zdolnościami, jednak nie mogła z nich często korzystać więc, na wszelki wypadek, zawsze miała przy sobie łuk z zatrutymi strzałami.

Elfce także spodobał się krasnolud. Nie tylko dlatego, że ojcu mogła zrobić na złość tą, jakże zakazaną, przyjaźnią… Po prostu podobał jej się i tyle. Potem trudno to było wytłumaczyć czymś innym. Obydwoje poczuli tę niesamowitą więź, która tak bardzo ich ze sobą zbliżyła.

Opuszczając podnóża gór kobieta była załamana, wiedząc, że już nie spotka ukochanego. Nigdy też nie pokochała żadnego elfa i nawet, gdy ojciec naciskał, nie wybrała sobie męża, jak nakazywała ich tradycja. Tak jak i Durin, który prawdopodobnie się domyślił, jaki plan miał Stwórca.

Chciał udowodnić Eru, że te dwie rasy nie zawsze będą ze sobą walczyć, że będą zdolne również do czegoś innego…





Elfia zgraja zamieszkała na skraju puszczy i nie chciała wracać do królestwa, które wiązało się z nakazami i zakazami. Tą wolność sobie sami wybrali i nikt nie mógł im jej odebrać.

Ehru oczywiście nie wspominała nic o tym, co się działo, kiedy Durin przychodził na rozmowy. Bała się, że przestaną widzieć w niej autorytet. Ukrywała dość długo  jeszcze jeden fakt- spodziewała się dziecka. Co prawda wiele elfów doczepiało się do nich na kilka dni, albo tygodni… Mogła więc skłamać, ale nie wiedziała czy w to uwierzą, bo to dziecko miało być...Inne.

W końcu nadszedł dzień porodu. Z elfką była jej dobra przyjaciółka - Mell, która osobiście przywitała malca na świecie. Nie wydawał się jakiś… Inny… 
Ehru od razu nadała mu imię Calrin. Długo się zastanawiała, czy aby na pewno będzie do niego pasowało… Ale po zobaczeniu chłopca utwierdziła się w wyborze. Już jako niemowlę miał śnieżnobiałą skórę oraz kruczoczarne włosy. Miał także czarne oczy, które wśród elfów z Wielkiej Puszczy występowały albo rzadko albo wcale. Ale nie było spekulacji, że być może to dziecko krasnoluda.

Calrin przez swoje młodzieńcze lata zachowywał się normalnie, rósł jak inne elfy - powoli. Korzystał z każdej sekundy życia. Był doskonałym łowca. Nikt jednak nie dorównywał mu w sile,  szybkości, oraz wytrwałości. Te cechy posiadł od swojego ojca. Matka zawsze tłumaczyła mu, że po prostu jest kimś wyjątkowym, że każdy elf ma jakieś dary od Eru. Nikt nie przejmował się tym. Aż do pewnego momentu…

Calrin bardzo dobrze pamiętał ten dzień, kiedy Król Leśnych Elfów - jego dziadek - nawiedził ich małą osadę. Wraz z nim było kilku mężczyzn oraz jeden krasnolud. Calrin przestraszył się, ale nie opuszczał boku swej matki. Pomiędzy Ehtru a jej ojcem wybuchła straszna kłótnia, niemalże prowadząca do boju, gdyż jej sprzymierzeńcy bronili przywódczyni. Nagle odezwał się przedstawiciel drugiej rasy, ogłaszając wszem i wobec, że ta oto kobieta urodziła syna wielkiego Ojca krasnoludów - Durina.

Nikt z początku nie uwierzył, ale te słowa zasiały ziarnko zwątpienia w elfkę. Z czasem zaczęły krążyć różne plotki, a młodzi unikali Calrina, uważając go za mieszańca, kogoś kto nie pasował do nich.

Chłopak, całkowicie tym podłamany, uciekł z osady nie żegnając się nawet z matką. Uważał, że będzie jej lepiej bez niego.

Na próżno poszły poszukiwania - chłopak był zbyt doskonale wyszkolony i zacierał za sobą wszelkie ślady.

Zrozpaczona Ehru nie mogła się pogodzić z utratą dziecka. Wiedziała, że teraz już nic jej nie zostało…

Elfy nie umierają śmiercią ' naturalną ' - są nieśmiertelne… Mogą jednak umrzeć podczas walki i z rozpaczy… I to właśnie spotkało młodą elfkę, matkę Calrina. Chłopak nigdy nie dowiedział się o tym… Przez całą wieczność miał żyć w nieświadomości. Bardzo tęsknił za matką… Bał się poznać ojca… Był całkiem sam - nie należał do świata radosnych elfów, ani też do mrocznych podziemi krasnoludów…





Obudził się i przeciągnął. Spał dość długo.

-No… Nie możesz sobie na coś takiego pozwolić. Masz wyznaczony kierunek i jego się trzymaj

Mruknął sam do siebie i ruszył. Chciał przejść góry, żeby zobaczyć co kryje się po drugiej stronie. Odkąd się urodził mieszkał w jednym miejscu. Starsze elfy uznały, że na świecie jest coraz więcej zła, więc najlepszym wyjściem będzie osiedlić się na stałe przy bezpiecznej puszczy.

Calrin nigdy nie dowie się, że po śmierci jego matki Król przyjął z powrotem pod swe skrzydła te ‘ zbuntowane dzieci ‘.

On zaczynał swoją własną przygodę, zapewne pełną różnych niebezpieczeństw… Tylko po to, by odnaleźć swoje miejsce na ziemi…


Dodaj napis

1 komentarz:

  1. bardzo mi sie podobało.
    widać że to "przetrawiłaś", jest bardzo staranne i ciekawe.
    jestem ciekawa co dalej przyniosą losy "mieszańca"
    bardzo miła i lekka historia :3
    ale..tęsknie za Marcelkiem i Anthonem :c
    życzę powodzenia i dużo weny Kocie <3

    OdpowiedzUsuń