-Matko idę i idę, a końca drogi jak nie było, tak nie ma –
mruknął Calrin.
Szedł już jakiś tydzień, a góry wcale się nie przybliżały.
Elf powoli zaczął myśleć, że cała ta wyprawa nie ma sensu
-A co jeśli to wszystko, to cały świat i za górami nic nie
ma?
To pytanie zadawał sobie dość często, jednak szedł dalej.
Powoli kończyły się zapasy, na horyzoncie nie było widać ani
jednego zwierzęcia. Nic tylko połacie pomarańczowo-zielonej trawy, która nie
nadawała się do jedzenia.
Od czasu do czasu jego drogę przecinał strumyk. Przynajmniej
mógł uzupełnić zapasy wody pitnej. Droga była strasznie ciężka, jednak im
dłużej szedł tym większe ogarniały go lęki. Czuł się śledzony… Obserwowany
przez jakieś mroczne istoty, o których opowiadała mu kiedyś matka. W jego wyobrażeniu
były to okropne, wielkie monstra ze świecącymi ślepiami i wielkimi kłami.
Nie chciał się tutaj zatrzymywać, ale musiał. Rozpalił
ognisko, zjadł ostatni kawałek suszonego mięsa i wypił coś na wzór herbaty.
Cały czas siedział poddenerwowany otoczeniem. Nie spał, chociaż bardzo chciał.
Ziewnął kilka razy, ale nie chciał tracić czujności. Nie mógł sobie na to
pozwolić, nie wiadomo co czaiło się w ciemności.
-Tylko na chwilkę… Położę się i przymknę zmęczone oczy… -
wyszeptał.
Nie było by to coś strasznego, gdyby nie fakt że za plecami
siedzi pełno strasznych istot. Szły one za nim przez połowę jego wędrówki. Były
stworzone z mroku i strachu, były one bardzo zainteresowane osobą elfa.
Oczywiście, dorwały go podczas snu. Zabrały ostrożnie w góry, gdzie żyły gobliny. Czekały na niego z niecierpliwością. Chodziły różne plotki na temat chłopaka, uważano że ON może zlikwidować wszelkie zło na świecie. Ale były to tylko kłamstwa, w historii będzie więcej różnych „mieszańców” i żadne nie będzie jakoś wybitnie magiczne. Tylko wielki Iluvatar ma tak wielką moc, która może zniszczyć zło panujące na ziemi.
Oczywiście, dorwały go podczas snu. Zabrały ostrożnie w góry, gdzie żyły gobliny. Czekały na niego z niecierpliwością. Chodziły różne plotki na temat chłopaka, uważano że ON może zlikwidować wszelkie zło na świecie. Ale były to tylko kłamstwa, w historii będzie więcej różnych „mieszańców” i żadne nie będzie jakoś wybitnie magiczne. Tylko wielki Iluvatar ma tak wielką moc, która może zniszczyć zło panujące na ziemi.
Calrin został zamknięty w lochu, wcześniej oczywiście
zabrano mu wszelką broń, prócz małego nożyka, który był ukryty w cholewce jego
buta. Elf obudził się o dziwo wyspany, ale mając ciemność przed sobą wpadł w
lekką panikę. Wstał i po omacku zaczął badać miejsce, w którym się znajdował.
Stwierdził po chwili, że jest to mała jaskinia, gładko wyrobiona a na froncie
ma grube kraty. Chłopak nie znał jak dotąd materiału, z którego były one
stworzone, więc nie wiedział jak może je otworzyć. Siadł na ziemi pod ścianą i
wpatrywał się w pustą i ciemną przestrzeń. Czekał… Na co? Może na ratunek, albo
jakiś fantastyczny pomysł. Niestety nic z tego nie wyszło…
Nie wiedział ile czasu minęło odkąd przyprowadzono go w to
miejsce, nie rył (jak prawdziwy skazaniec) kresek w ścianie, gdyż to było by
bez sensu. W jaskini, gdzieś w dolnych częściach góry, nie mógł za nic
rozróżnić pory dnia.
W końcu usłyszał głosy, rozmawiali w nieznanym mu języku,
elfowi wydawało się jednak, że słowa są wypluwane z odrazą… Jakby były jakimiś
przekleństwami. Te stwory szły w jego kierunku z pochodnią. Coraz wyraźniej ich
słyszał. Na pewno są to gobliny-pomyślał chłopak.
-Wstawaj nędzny robaku – mruknął jeden z nich troszkę
sepleniąc.
Elf grzecznie wstał i podszedł, został zaraz pociągnięty za ręce,
na których umieszczono coś na kształt kajdan. Wyprowadzono go z celi i
poprowadzono wąskimi korytarzami górskich tunelów. Nikt nic nie mówił, zero
jakiegokolwiek wyjaśnienia, ale Calrin tylko miał jakieś swoje domysły.
Poprowadzono go do wielkiej Sali oświetlonej sporą ilością różnorodnych pochodni.
Na środku pomieszczenia był umieszczony wielki, skalny tron,
na którym siedział wysoki mężczyzna. Był on goblinem, a nie wyglądał jak tamci.
Był majestatyczny i wzbudzał swą osobą szacunek. Calrin wpatrywał się w niego w
milczeniu i nagle pomyślał o swoim dziadku.
Czy każdy król musi być taki? – pomyślał sobie chłopiec.
-Czy to prawda, że jesteś tym, za kogo Cię mają?
-Zależy od tego, co mówią
-Zależy od tego, co mówią
-Jesteś synem elfiej księżniczki i jednego z Pierwotnych
Krasnoludów – król wstał i podszedł do niego – podobno masz w sobie wielką moc
mogącą skrzywdzić nas, mroczne istoty. Jednak jest też taka szansa, że ta moc
nam się przyda. Zdecyduj, po której stronie chcesz walczyć.
-Zaraz, poczekaj ! Ja nie jestem magicznym mieszańcem. Nie
mam mocy tylko umiejętności, takie jak polowanie, skradanie się… Ale nie
zniszczę nikogo magicznie dzięki temu.
-Elfy mają magię, my sami nimi byliśmy ale straciliśmy ją
wybierając ciemną stronę mocy.
Mężczyzna znów usiadł na tronie i spojrzał gdzieś w bok,
uśmiechał się lekko jakby rozpamiętując dawne życie. Nagle jednak wyraz jego
twarzy stał się znów surowy, jakby wykuty w skale.
Calrin zdążył się rozejrzeć i zauważył swój łuk i kołczan ze
strzałami. Wiedział, że musi zareagować jak najszybciej. Albo się uwolni albo
zginie w walce.
-Nie posiadam jej, może jestem bardziej krasnoludem we
wnętrzu –mruknął i postanowił sprawdzić jeden z atutów… Siłę. Rozerwał łańcuchy
i sięgnął po swój nożyk w zastraszająco szybkim tempie.
Zranił dwójkę goblinów, którzy byli obok niego i
przyprowadzili go do tego miejsca, dzięki temu mógł pobiec po swój łuk.
Zaskoczył stwory, jednak dość szybko się ogarnęli i ruszyli z odsieczą.
Zablokowali mu jedyną drogę ucieczki, jednak elf nie dał się. Walczył z
nieuzbrojonymi osobnikami, czując jak z każdą sekundą narasta w nim gniew,
który chciał za wszelką cenę wydostać się z niego. Nagle poczuł dziwne
mrowienie w opuszkach palców, wypełniała go moc. Uśmiechnął się z zadowoleniem
i po prostu wypuścił ją z siebie. Wiele goblinów uderzyła ta fala
niekontrolowanej mocy i zepchnęła w otchłań. Inne natomiast zostały oparzone
przez kolejną falę, która była znacznie słabsza od poprzedniej.
Siła elfa kumulowała się przez ten cały czas, więc teraz
spokojnie mogła wyjść, uwolnić się w postaci fal energii.
Dobiegł do swojej bronii i niemalże od razu zaczął ostrzał
wrogów, kierując się do tuneli. Biegł przez kręte korytarze mając nadzieję, że
trafi do wyjścia tej cholernej góry. Słyszał krzyki rozzłoszczonych goblinów
biegnących za nim. Próbował powstrzymać się od jakichkolwiek odgłosów, aby go
nie wyśledziły. Skręcał tam gdzie popadnie. W końcu poczuł powiew świeżego
powietrza, ruszył cicho w tamtą stronę. Ominął kilka przejętych goblinów i
wybiegł na słońce.
Zasłonił twarz dłońmi, ochraniając oczy przed słońcem i
dalej biegł, nie zatrzymując się ani na chwilę. Wiedział, że go ścigają, a on
musiał uciec od tych potworów.
Znalazł się po drugiej stronie gór, tam gdzie chciał. Na
ziemi panowała już jesień, więc prawie miesiąc stracił w lochu. Odbiegł dobre
kilka kilometrów od góry i pozwolił sobie na chwilkę odpoczynku. Wiedział, że
nie może zostać za długo, gdyż ma stado na ogonie. Domyślał się też, że będą go
szukać nie tylko gobliny ale też inne
istoty, które słyszały te bezsensowne plotki.
Nie wierzył w te słowa, uważał się za zwykłego elfa… Takiego
troszkę niższego od reszty, ale dalej elfa. Siedział tak około godziny nim
podjął ponownie marsz przez dolinę. Chciał znaleźć jakąkolwiek wioskę, musiał
się umyć i zjeść coś w końcu…
Dobre jak zawsze <3
OdpowiedzUsuń